Prawo do obrony

Odpowiedzi, do czego Izrael miał w październiku prawo, udzieliła np. ekspertka prawa międzynarodowego Francesca Albanese, wysłanniczka ONZ ds. praw człowieka na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych. Izrael miał prawo: opanować bezpośrednie zagrożenie i zatrzymać atakujących, następnie dostarczyć ich przed wymiar sprawiedliwości i osądzić. To wszystko, do czego Izrael miał prawo, jeśli naprawdę o prawie mówimy.


Artykuły publikowane w dziale OPINIE wyrażają poglądy ich autorów i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji.


„Prawo Izraela do obrony”. „Izrael ma prawo do obrony”. „Nie można kwestionować prawa Izraela do obrony”. Skuteczność, z jaką propagandowe frazesy ostatniej europejskiej kolonii na Bliskim Wschodzie kolonizują naszą wspólną przestrzeń komunikacyjną, dorównuje chwilami skuteczności i tempu, z jakimi okrada ona Palestyńczyków z przestrzeni do życia. Kolonizacja języka i dyskursu wspomaga kolonizację geograficznej przestrzeni: znieczula nas, świat na zewnątrz, na przemoc izraelskiej okupacji i apartheidu, na postępy bezwzględnej grabieży ziemi i innych zasobów.

Propagandystom Izraela idzie to tak dobrze, bo umiejętnie namierzają i przechwytują emocjonalne odruchy docelowej publiczności (innym przykładem jest „prawo Izraela do istnienia”). Argument o „prawie do obrony” przyjmujemy tak łatwo, że nawet obrońcy sprawy palestyńskiej, próbujący aktywnie reagować, robić coś w odpowiedzi na działania Izraela w Strefie Gazy od października 2023 r., często zaczynają swoje wypowiedzi od rozmaitych preambuł, które „oczywiście uznają prawo Izraela do obrony”. Dopiero po takich wstępach przechodzą do linii argumentacji, która np. wskazuje na nieproporcjonalność sposobu podejmowanej przez Izrael „obrony”.

Takie preambuły są jednak nie tylko nieskuteczne, ale i niesłuszne. Nie tylko nie stanowią poprawnej odpowiedzi na roszczenia Izraela do różnych „praw”, które sobie przypisuje, ale też nie są dobrymi zagraniem taktycznym, erystycznym, retorycznym. Nie przybliżają nas do celu – i to niezależnie od tego, czy zdefiniujemy go jako osiągnięcie przez Palestyńczyków pełnej niepodległości, czy jako choćby zaprzestanie przez Izrael prowadzonej obecnie kampanii ludobójczej przemocy. Kwestionując jedynie skalę, proporcjonalność czy sposób przyjętego modelu „obrony”, a nie tej „obrony” samą rację bytu, sprawiają, że poruszamy się w polu zarysowanym już przez Izrael, przyjmujemy jego warunki debaty. Samo to jest już częściowym zwycięstwem propagandowym Izraela.

Kiedy kwestionujemy tylko skalę, proporcje i sposób „obrony”, wyrażamy mimochodem milczącą zgodę na samą „obronę” i „prawo” Izraela do niej – gdyby tylko prowadzona była ona nieco mniej barbarzyńskimi metodami. Ale nie, Izrael – w odniesieniu do Palestyńczyków, do Hamasu jako ruchu oporu tworzonego przecież przez Palestyńczyków – nie ma żadnego prawa do obrony.

Osoby i państwa

Kiedy Izrael opowiada nam – a potem powtarzają to jego klakierzy i pożyteczni idioci – o swoim „prawie do obrony”, żeruje na instynktownej reakcji, której się po swoich odbiorcach spodziewa.

Mamy – jako ludzie – tendencję do „alegoryzowania” państw, wyobrażania ich sobie, jakby to były osoby, takie jak ludzie. Uznajemy, że każdy człowiek „ma prawo się bronić”, gdy ktoś na niego wyskoczy – z pięściami, pałką czy bronią palną. Nawet kiedy atakujący ma jakieś możliwe do obrony powody dla swojego czynu – powiedzmy, że zaatakowany sam dzień wcześniej dotkliwie pobił kogoś innego – prawo do odparcia ataku w celu obrony własnej cielesnej integralności w bezpośredniej reakcji na zagrożenie w danej chwili postrzegamy jako przysługujące zaatakowanemu zawsze. Kiedy mówię o „alegoryzowaniu”, mam na myśli to, że wyobrażamy sobie (uruchamiamy w naszym umyśle taką alegorię), że państwo to jest taka jakby osoba i jej reakcje, jak również to, do jakich reakcji ma prawo, naśladują to, co robi i może zrobić osoba, człowiek w relacjach z innymi ludźmi.

Jakkolwiek pomocna byłaby ta właściwość naszego umysłu – jego skłonność do alegoryzowania abstrakcyjnych czy trudnych do ogarnięcia wymiarów rzeczywistości – w wielu naszych operacjach poznawczych, państwa to jednak nie są osoby, nie takie jak ludzie.

Na kwestionowanie „prawa Izraela do obrony” apologeci Izraela reagują np. sarkastycznymi pytaniami w rodzaju: czy Izrael miał 7 października 2023 zupełnie nic nie robić i stać założonymi rękami, pozwalając strzelać do swoich obywateli i brać ich za zakładników?

Odpowiedzi, do czego Izrael miał w październiku prawo, udzieliła np. ekspertka prawa międzynarodowego Francesca Albanese, wysłanniczka ONZ ds. praw człowieka na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych (np. w trakcie spotkania ze stowarzyszeniem australijskich dziennikarzy). Izrael miał prawo: opanować bezpośrednie zagrożenie i zatrzymać atakujących, następnie dostarczyć ich przed wymiar sprawiedliwości i osądzić. To wszystko, do czego Izrael miał prawo, jeśli naprawdę o prawie mówimy.

Czym jest prawo (państw) do obrony?

W stosunku do państw i ich relacji ze światem zewnętrznym zastosowanie ma prawo międzynarodowe, a nie alegoryczne przeniesienia naszych wyobrażeń ze stosunków między jednostkami ludzkimi (z prawa cywilnego czy karnego). W prawie międzynarodowym – jak zwraca uwagę również Francesca Albanese, w toku przywołanego już spotkania – „prawo do obrony” to bardzo konkretny, techniczny wręcz termin („a legal term of art”). Oznacza on – ni mniej, ni więcej – prawo do prowadzenia wojny.

Państwa mają prawo do obrony (czyli do prowadzenia wojny) wyłącznie w odpowiedzi na zbrojną napaść przez inne państwo. Jest to zapisane w artykule 51 Karty Narodów Zjednoczonych. Izrael posiada więc prawo do obrony, gdyby został zaatakowany przez inne państwo w regionie. Strefa Gazy nie jest państwem. Hamas nie jest państwem. Nie ma wciąż takiego suwerennego państwa jak Palestyna. Palestyna pozostaje państwem zupełnie hipotetycznym. Państwem istniejącym pod postacią ambasad w niektórych krajach, które ją uznały „na kredyt”, z wyprzedzeniem, w geście poparcia dla prawomocnych aspiracji Palestyńczyków i ich niezbywalnych praw. Pod postacią statusu „państwa-obserwatora” w ONZ, ale wciąż bez terytorium, nad którym by sprawowało suwerenną kontrolę. Bez własnych granic i armii, która mogłaby ich strzec. Z absolutną całością swego teoretycznego terytorium pod kontrolą i władzą innego suwerena: kolonialnego państwa osadniczego, Państwa Izrael.

Izrael miałby „prawo do obrony” przed Palestyńczykami, gdyby działali poprzez własne, niepodległe już państwo – i siły tego państwa dokonałyby napaści na Izrael. Od 76 lat jednak to Izrael uniemożliwia Palestyńczykom samostanowienie poprzez konstrukcję własnego państwa, utrzymując nad nimi system bezwzględnego apartheidu i brutalnej militarnej okupacji ciągnącej się już kolejne pokolenie, stopniowo wywłaszcza ich z ziemi, wypycha z niej lub zamyka w coraz ciaśniejszych bantustanach.

Okupacja i obowiązki

Izrael utrzymuje Palestyńczyków pod okupacją, dlatego to, do czego ma w tej konfrontacji prawo i jakie ma obowiązki, reguluje przede wszystkim IV Konwencja genewska z 1949 r. i jej protokoły dodatkowe z 1977 r. Jako okupant wobec okupowanej populacji Izrael ma już w zasadzie wyłącznie obowiązki – które bezczelnie lekceważy. Od obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa i dostępu do materialnych środków przetrwania (żywność, lekarstwa) populacji utrzymywanej pod okupacją po obowiązek zakończenia samej okupacji w rozsądnym terminie. Mówiąc precyzyjniej, wynikające z Konwencji obowiązki po stronie znajdującej się pod okupacją wygasają po roku okupacji (art. 6). Od tego momentu obowiązki spoczywają już tylko na okupantach. Okupacja Zachodniego Brzegu i Gazy – przypomnijmy dla porządku – rozpoczęła się w 1967 r.

Prawo międzynarodowe definiuje okupację jako stan przejściowy, tymczasowy, który musi się zakończyć rozwiązaniem politycznym. Traktatem pokojowym, wycofaniem wojska, redefinicją granic, aneksją (z przyznaniem pełnego obywatelstwa mieszkańcom anektowanego terytorium), ogłoszeniem włączenia do federacji. Są różne możliwości dla różnych scenariuszy i sytuacji, ale Izrael obrał akurat te, których nie da się pogodzić z żadnymi z wartości prawa międzynarodowego, z żadnymi normami tego prawa. Permanentną okupację, kolonizację terytoriów okupowanych, regularną przemoc wobec okupowanych, fale czystek etnicznych powtarzane w różnych odstępach i ludobójstwo na raty ze zmienną intensywnością.

(Dlatego w postępowaniu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w odpowiedzi na wniosek Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych o wydanie opinii prawnej na temat legalności i skutków prawnych izraelskiej okupacji terytoriów palestyńskich prawie wszystkie państwa, które zgłosiły Trybunałowi swoje stanowiska, wypowiedziały się, że uznają izraelską okupację za całkowicie nielegalną).

Opór i samostanowienie

To okupowani, nie okupant, mają prawa. W świetle tego, że Izrael prowadzi okupację, która straciła wszelkie pozory legalności już wiele, wiele lat temu; w świetle tego, że metody dyplomatyczne i instytucje międzynarodowe całkowicie ich zawiodły, a czasem nawet oszukały – w świetle tego wszystkiego mają także prawo do walki zbrojnej o swoje samostanowienie, wszelkimi dostępnymi im środkami. Jest nawet rezolucja Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych (nr 45/130 z 1990 r.), która ma tę frazę w tytule; wymienia ona Palestyńczyków konkretnie i z imienia.

Wszyscy Palestyńczycy dysponują tym prawem. Hamas, organizacja, która stanowi przecież oficjalny rząd w Strefie Gazy i zrzesza Palestyńczyków, również nim dysponuje. Palestyńczycy mają prawo dążyć do swojego samostanowienia również poprzez taką organizację jak Hamas. Skoro „wszelkimi dostępnymi środkami”, to także przeprowadzając operację militarną na obszarze uznawanym przez Izrael za swoje terytorium. Nie zapominajmy, że tylko część z tego, co nam od 7 października – powtarzając za władzami Izraela – opowiadają media, okazała się prawdą.

Gdyby Palestyńczycy nie żyli pod butem „najdłuższej i najbrutalniejszej okupacji nowoczesności” (Avi Shlaim), nie byliby zmuszeni do sięgnięcia po środki, po jakie sięgnęli 7 października. Gdyby nie żyli od siedemnastu lat w warunkach nieludzkiej blokady – niespotykanej co najmniej od czasów nazistowskiego oblężenia Leningradu – nie byliby zmuszeni sięgać po takie środki.

Weźmy tych słynnych zakładników. Dlaczego bojownicy Hamasu (i stowarzyszonych mniejszych organizacji) ich uprowadzili? Żeby w zamian zażądać uwolnienia palestyńskich więźniów przetrzymywanych przez Izrael w liczbie tysięcy – albo wyrokami sądów wojskowych skazujących ich prawie z automatu, albo bez wyroku, albo nawet bez przedstawienia im jakichkolwiek zarzutów. Ich więzienie jest metodą zastraszania ich rodzin i Palestyńczyków jako społeczeństwa w całości, w kontekście zbrojnej okupacji: są więc swego rodzaju zakładnikami. Ergo, Hamas wziął izraelskich zakładników, bo Izrael od dawna więzi – i traktuje skandalicznie – wielokrotnie więcej zakładników palestyńskich.

Wszystko, co Palestyńczycy robią względem Izraela, jest odpowiedzią na utrzymywanie nad nimi przez Izrael brutalnej militarnej okupacji i reżimu apartheidu. Większość z tych Palestyńczyków (i z całą pewnością wszyscy, którzy wzięli zbrojny udział w operacji Hamasu z 7 października 2023 r.) urodziła się już pod tą okupacją. Okupacją, która już ponad pół wieku temu straciła ostatnie pretensje do legalności. Palestyńczycy stawiają opór, do którego mają prawo. Takimi metodami, jakie są im dostępne w warunkach tak bezwzględnej okupacji. Do czego również mają prawo.

Izrael, podtrzymując w nieskończoność nielegalną okupację, nie ma żadnego „prawa do obrony”, bo nie ma czegoś takiego, jak prawo nielegalnego okupanta do obrony przed tymi, których utrzymuje pod nielegalną okupacją. Dopiero, gdy pozwoli Palestyńczykom na ustanowienie własnego suwerennego państwa, Izrael będzie mógł kiedyś powoływać się wobec nich na „prawo do obrony”.

Kropla drąży skałę! Twoje zaangażowanie ma znaczenie. Pomóż w promocji tego portalu. Udostępnij proszę:
Jarosław Pietrzak
Jarosław Pietrzak
Artykuły: 7
Skip to content