Polak z organizacji działającej w Strefie Gazy: Masakra Palestyny to dla Izraela po prostu biznes

Z Olkiem, pracownikiem jednej z ostatnich organizacji pomocowych, które mają prawo działać na terenie okupowanej Palestyny, rozmawia Magdalena Góralska.

Magdalena H. Góralska: Jak wygląda w tej chwili sytuacja organizacji humanitarnych, pomocowych w Palestynie?

Olek: Źle. Jest coraz gorzej, co chyba nikogo nie dziwi. W tej chwili chyba tylko 24 organizacje mogą działać na terenie Strefy Gazy, w tym duże międzynarodowe organizacje takie jak World Food Programme, UNICEF, Red Cross, International Medical Corps, Oxfam czy Save the Children. Cofnęli pozwolenie Lekarzom bez Granic. I oczywiście UNRWA. Organizacja, dla której pracowałem jest w tym gronie, ale chcę ją chronić przed potencjalnymi reperkusjami wynikającymi z mojej relacji, dlatego nie wymienię jej z nazwy. [Dla zachowania anonimowości dalej używamy nazwy Organizacja – przyp. red.]

Jak zacząłeś pracować w Gazie?

Dla Organizacji pracowałem już wcześniej w Polsce. Mieliśmy biuro, które wspierało Ukrainę z Polski. Tak wtedy, jak i w Palestynie byłem logistykiem, odpowiadałem za przetargi, ogarniałem zaopatrzenie, łańcuch dostaw do Gazy. W czerwcu 2024 r. sytuacja w Palestynie zaczęła bardzo szybko się pogarszać. Potrzeba było rąk do pracy na misji, więc po prostu zgłosiłem się. Dwa miesiące później byłem już w Betlejem, na Zachodnim Brzegu. Pracowałem dla misji tam i w Ramallah, potem organizowałem wsparcie dla głównej misji medycznej w Gazie.

Mogę sobie tylko wyobrazić jak trudna jest to praca.

Tak, jest. Niesamowicie trudna. Na początku zajmowałem się głównie organizowaniem szkoleń, takich warsztatów psychologicznych, na przykład, w zakresie przeciwdziałania przemocy i prewencji samobójstw. Po trzech miesiącach dostałem propozycję by zająć się logistyką dostaw dla Gazy, przetargami na wszystko co mamy dostarczyć do Gazy. Potem zajmowałem się koordynacją całego łańcucha dostaw. Bardzo skomplikowane i czasochłonne.

Co zamawiacie? 

Wszystko. I w każdej ilości. Mieliśmy zamówienia na miliony dolarów w przetargach na leki czy sprzęt medyczny, ale też zamówienia na tak podstawowe rzeczy jak opatrunki. 

Co jest najtrudniejsze w takiej pracy?

Pozwolenia. Po jakimś czasie zacząłem się zajmować przygotowywaniem papierów na wszystkie nasze zamówienia. Takie listy pakunkowe są kluczowe, bez nich nie możemy niczego wwieźć do Gazy. Bez pozwoleń nic nie możemy zdziałać. Żeby uzyskać zgody musisz znać ludzi, być w kontakcie z ministerstwami, agencjami, non stop. Z tygodnia na tydzień formalności robią się coraz bardziej skomplikowane, naprawdę trzeba się nagimnastykować, by wwieźć do Strefy cokolwiek. 

Jak wygląda ta papierologia?

Koszmarnie. Są bardzo wyśrubowane ograniczenia na to, co i skąd można wwieźć. 

Czy zawsze tak było? Jak to się zmieniło w ciągu ostatnich dwóch lat?

Na początku, kiedy przejście do Rafah pozostawało jeszcze otwarte, było o wiele łatwiej. Mieliśmy pracowników, których praca polegała na przechodzeniu z walizkami przez granicę. Jedna osoba, a dziesięć walizek. Cały dzień przechodzili w kółko przez granicę. Mogliśmy tak wnieść naprawdę wiele, nawet takie rzeczy jak rentgen. To się potem, niestety, skończyło.

Stopniowo zaczęto wymagać kolejnych zgód kolejnych organów, coraz więcej instytucji zaczęło być zaangażowanych w cały ten proces zaopatrzenia, coraz więcej wymogów. Może jakiś przykład podam?

Może coś takiego podstawowego, płyn infuzyjny do kroplówek?

O, to właśnie jest skomplikowane, bo to jest płyn. Doszliśmy do punktu, gdzie wygląda to tak, że jak mam jakąś ciecz to ona musi być bardzo dokładnie opisana. Skład producenta musi być na wszystkim, co jest wwożone. Wszystko musi być zapakowane fabrycznie. Tutaj rodzą się problemy natury prawnej, bo wielu producentów nie podaje dokładnego składu swoich produktów ze względu na to, że składy są objęte tajemnicą handlową. A to jest kluczowe, na przykład, kiedy mówimy o substancjach do odkażania. Nie mogę wwieźć spirytusu medycznego 100% ani żadnego alkoholu. Medyczny może być tylko do 70%. Ba, muszę dokładnie mieć opisane przez producenta, co jest w typowym antybakteryjnym żelu do rąk, bo inaczej nie przejdzie. A bez tego typu środków, placówka medyczna nie funkcjonuje. Z środkami czystości są ogromne problemy. I z tabletkami uzdatniającymi wodę do picia.

O, dlaczego?

One zawierają chlor. A chlor, wiadomo, można użyć do innych celów. 

Jakie są jeszcze ograniczenia? Czego nie można wwozić? 

Morfiny. Niczego co ma więcej niż 12% gliceryny. Większość leków, wiele syropów, ma glicerynę jako substancję słodzącą. To jest absurdalny wymóg. Mieliśmy taką sytuację, zanim dowiedzieliśmy się, że trzeba to sprawdzać, że kilka naszych ciężarówek utknęło na granicy. Połowę transportu kazali zabrać. Zrobili testy, że te syropy mają glicerynę. Ile? Nie wiadomo, ale mają. I te rzeczy czekały w magazynie na granicy, aż dostaniemy od naszych dostawców informację, ile procent gliceryny w tych syropach na kaszel jest. Rentgen to jest rzecz, która jest w ogóle zakazana. Generatory prądu możesz mieć do 30 kVA. 

To naprawdę bardzo mało. Jak mogą z czymś takim funkcjonować szpitale?

Średnio mogą. Te akumulatory to takie maleństwa, ważą około 10 kg. My mamy w tym momencie trzy szpitale, robimy parę tysięcy operacji w tygodniu. To za mało na nasze potrzeby. Wiesz jak sobie radzimy jak nie ma prądu? Nasi lekarze operują z czołówkami. Opowiem ci jeszcze o namiotach.

Namiotach?

Można wysyłać namioty, ale bez rusztowań. Więc wysyłamy sam materiał. Bez stelażu. Bo wiesz, groźne są te aluminiowe pręty. Absurdalne. 

Jak wygląda to zbieranie papierów, pozwoleń? Te papiery się gdzieś składa?

To jest wszystko bardzo sprytnie pomyślane. Cały proces jest ucyfrowiony. Jest specjalny portal ONZ, gdzie organizacje muszą załączać wszystkie dokumenty, opisywać bardzo szczegółowo co, ile i gdzie. Oprócz tego są jeszcze dwa inne portale, gdzie po prostu każda jedna rzecz to jest jedna linijka, trzeba tam wpisać wszystkie dane. Każdy wacik, każda strzykawka musi zostać odnotowana. Jak już się dostanie zielone światło na import, to potem jest odprawa celna. Cokolwiek jedzie do Palestyny, musi przejść odprawę celną w Izraelu, tak to sobie wymyślili. Czemu? Dla kasy i żeby utrudnić życie w Palestynie. 

Długo czeka się na zgodę?

To zależy. Czasami bardzo długo, po kilka miesięcy. Od czterech miesięcy czekam na zgodę na laptop. Ultrasonograf to jest zgoda Ministerstwa Zdrowia, Ministerstwa Środowiska, Ministerstwa Finansów. Potem inne różne pomniejsze ciała. Potem jedna granica, do Izraela, potem granica do Strefy. A może być tak, że wszystko robisz jak ma być i zgody nie dostajesz. Dlaczego? Bo nie. I nie ma jak się od tego odwołać. 

Co się zmieniło po wprowadzeniu ostatnich ograniczeń, od kiedy wyrzucili prawie 40 organizacji świadczących pomoc humanitarną w Strefie Gazy?

Bardzo dużo. Musieliśmy zatrudnić więcej osób, by móc jakoś zaadresować zapotrzebowanie. Sami lekarze bez granic zatrudniali aż 20% serwisu medycznego. Teraz ich tam nie ma. I jest teraz o wiele, wiele drożej. Po zaostrzeniu się konfliktu z Iranem codziennie wjeżdżało koło 5 tysięcy ciężarówek. Za każdą trzeba było zapłacić 250 ILS, czyli około 90 dolarów przy wjeździe dla IDF, a sama ciężarówka, za nią zgody to jest 700-900 dolarów od pojazdu! I tak codziennie. Wiesz jakie to są koszty? To idzie w miliony. Nasze fundusze pochodzą wszystkie od darczyńców prywatnych. 

Dlaczego wasza organizacja nie została wyrzucona?

Spełniliśmy ich żądania. Podaliśmy listę pracowników podczas ponownej, wymaganej rejestracji naszej organizacji. Włącznie z nami to jest teraz 12 organizacji. My sami zatrudniamy na miejscu tak z 1300 osób, z czego 1200 to są Palestyńczycy.

Jak widzisz przyszłość pomocy humanitarnej w Strefie Gazy?

Nie widzę jej. Zwłaszcza teraz przy tym planie „odnowy” Gazy. Zmienienia tego obozu koncentracyjnego na piękną riwierę, po tym jak się unicestwi lokalną populację. Ludzi nie da się stamtąd wydostać bez ogromnych pieniędzy. Jeśli ktoś wierzy, że ten trumpowski plan odbudowy Gazy odbędzie się bez przemocy w tej skali co dotychczas albo gorzej, to nie wiem, na jakiej planecie żyje. W wyparciu. 

Tym bardziej, że nawet wszelkie zawieszenie broni trzeba brać w cudzysłów, bo ludzie i tak prawie codziennie giną od izraelskich kul, bezprawnie. 

Jak próbuję ludziom wyjaśnić, jak to jest w Strefie, to im mówię: wyobraź sobie, że od ponad dwóch lat żyjesz w namiocie. Zimą może być zero stopni. Nie ma prądu, nie ma wody. Jesteś kobietą, masz okres. Nie ma podpasek, nie ma jak się umyć, nie ma systemu kanalizacyjnego. Warunki są dramatyczne. Była niedawno sytuacja, gdzie po prostu to wszystko pływało. Ludzie w tych namiotach po kolanach byli w nieczystościach, w odpadach medycznych, w martwych zwierzętach. Jest duże niebezpieczeństwo, że wybuchnie, na przykład, epidemia cholery. Dalej. Jest problem z jedzeniem. Kilogram pomidorów potrafi kosztować 50 dolarów. Nie ma pracy, nie ma ogrzewania. Jest zimno, jesteś w tym namiocie, gdzie też nie ma światła. Prawdę mówiąc, nie masz niczego poza ubraniami, które masz na sobie. Może coś tam masz jeszcze na zmianę, ale to tyle. Masz namiot, który też nie jest żadnym super specjalistycznym namiotem tylko jakimś bardzo prowizorycznym schronieniem. Nasze biura są w budynkach bez okien, bez ogrzewania. A tu zimą robi się naprawdę zimno. Jeśli tych okien nie załatamy to jest w środku 5 stopni. Tam też ludzie śpią, nasi pracownicy. W najgorszych momentach trzeba było dawkować wodę tak, że ciepła była 2 razy w tygodniu tylko, by pracownicy mogli się umyć. A nasze szpitale są wszystkie mobilne, „na kółkach”, czyli w namiotach lub kontenerach towarowych. Przemieszczamy się razem z ludźmi. Gdzie oni, tam i my.

Wróciłeś po 2 latach na misji. To dość długo.

Długo, choć znam takich, co siedzą tam dłużej. Miałem też przerwę. Wróciłem do Polski na „urlop”, wziąłem ślub. W tym okresie zmarła również moja mama. Kiedy umierała na chorobę nowotworową wziąłem 6 tygodni przerwy. A potem wróciłem. Ja to wszystko przetrwałem w dużej mierze tylko dzięki mojej żonie i dzięki duchowości. Jestem buddystą, medytuję. Tam naprawdę można zwariować, codziennie patrząc na skalę ludobójstwa narodu palestyńskiego. 

Gdzie mieszkałeś w Palestynie? Jak rozumiem nie w Strefie Gazy?

Nie, mieszkałem na Zachodnim Brzegu, i w Jerozolimie, tam, gdzie jest centrum administracyjne regionu. Miałem zupełnie inne warunki bytowe. Mieszkanie z oknami, łóżko. Byłem bezpieczny, względnie. 

A jak sobie radziłeś z tym wszystkim psychicznie?

To jest łamiące, męczące, frustrujące, budzące złość, prowadzące do depresji. Samo użeranie się z izraelskim rządem potrafi człowieka zniszczyć. Przestałem śledzić newsy, nie mam Instagrama. Wcześniej byłem na kanałach na Telegramie, gdzie są zdjęcia szczere, bez cenzury. Bywały takie dni, że wsiąkałem w nie przed snem, scrollowałem przez godziny, przerażony, zapłakany. Po paru takich tygodniach stwierdziłem, że nie mogę tak dłużej. Że mnie to wykończy. A ja mam tu rzeczy do roboty. Mogę komuś naprawdę pomóc, mam wpływ. Z resztą, i tak wiem, co się dzieje. Wiedza o tym po prostu unosi się w powietrzu. 

Miałeś jakieś strategie przetrwania?

Bycie tu i teraz, zgodnie z buddyjskimi zaleceniami. Kontakt z żoną, z bliskimi w Polsce, codzienny. Spotykanie się z ludźmi, jakieś „życie towarzyskie”, nawet minimalne. Wróciłem też do palenia, paczka dziennie. Wiesz, ta strona izraelska. Ci ludzie są okropni. Oni robią ogromny biznes na tej pomocy humanitarnej.

Biznes, jak to?

A no tak, że sprzedają to, co nam trzeba. Bardzo, bardzo drogo. A jak kupujemy gdzie indziej i sprowadzamy, to pytają, czemu kupujecie w Jordanii, czemu nie kupujecie w Izraelu? I uśmiechają się przy tym. I z tym samym uśmiechem na twarzy raz na jakiś czas zamykają przejścia graniczne. Te z Jordanią było zamknięte na trzy miesiące. Egipt był zamknięty na sześć miesięcy. A Izrael zawsze jest otwarty. A wiesz, że w Strefie Gazy można kupić najnowszego iPhone’a? W Strefie działa, tak zwany, sektor prywatny, czyli handel. Izraelscy kupcy sprzedają rzeczy, ale za ceny z kosmosu. Laptop, jakiś taki zwykły, Dell czy coś? 10 tysięcy dolarów. Prawda jest taka, że wystarczy, że odpowiednią sumę pieniędzy zapłacisz i Izrael się zgodzi, żeby wszystko wziął, co tylko chcesz. Nawet silny generator o pomocy 450 kVA, a nie taki 30 kVA, jakimi my musieliśmy dysponować. Prawie wszystko, ale naprawdę dużo. Tu naprawdę po prostu chodzi o pieniądze. 

Mieszkałeś też w Zachodnim Brzegu. Jak tam wygląda życie codzienne?

W samym Zachodnim Brzegu, który jest wielkości Mazowsza, żyje się tak, że jest ponad 900 checkpointów. Na przykład, podczas Ramadanu zostałem raz zaproszony na Iftar, na kolację po zmroku, do koleżanki z pracy. Ona mieszkała z rodziną na wsi pod Betlejem. Tak może z 20-30 minut ode mnie autem. Jechałem tam 3 godziny. Izraelczycy stwierdzili, że zamykają wszystkie wjazdy do wsi. Bez powodu, bo tak. Bo im się nie chce stać na checkpoincie wieczorem. Trzy godziny nam zajęło, żeby znaleźć wjazd do wsi. A jej rodzina czekała na nas te trzy godziny z jedzeniem. Strasznie mi było głupio. Po kolacji poszliśmy na dwór, ale nie za daleko. Tak ze 100 metrów od domu. Dalej nie można, bo niedaleko jest nielegalny kolonia osadników izraelskich. Oni są nieobliczalni. To prawdziwi psychopaci, którzy są w zasadzie bezkarni.

Jesteś w Polsce już ponad miesiąc. Jak to jest wrócić? 

Jestem znowu na antydepresantach. Nie mam już ataków paniki na dźwięk samolotu i jak patrzę na niebo, to nie myślę, czy akurat zaraz nie przeleci rakieta. W marcu jedna zbita głowica irańska spadła 100 metrów ode mnie. To zostawia ślad. Staram się widzieć świat, mimo wszystko, w dobrych barwach. Nie skupiać się na tym, co jest złe. Udzielam się więc, szukając tej dobrej energii. Zawiozłem rzeczy po mamie, głównie ubrania, do domów opieki. Byłem w takim domu dziecka w Mocarzewie, który jest prowadzony przez siostry zakonne i specjalizuje się w opiece nad dziećmi z chorobami. Tam z nimi przez godzinę o Gazie rozmawiałem. Podsumowując, na pewno dojrzałem i widzę świat bardziej takim, jakim jest, czyli dopuszczam to, że pieniądze mogą rządzić światem, jeśli na to pozwolimy. Skupiam się wciąż na wdzięczności za wszystko, co mnie otacza.

Wiele osób wciąż nie zdaje sobie sprawy ze skali problemu. 

Nawet osoby, które znam z Polski, które jakoś tam śledzą temat, nie zdają sobie sprawy. Nie dziwi mnie. Żadne zdjęcia i liczby tego nie oddadzą. Na przykład, taka informacja, że 25% dzieci, które wciąż są przy życiu w Strefie Gazy jest niepełnosprawne w wyniku wojny. Straciło rękę czy nogę. Przed wojną populacja Gazy to było prawie 2 miliony osób, z czego 70% to były osoby poniżej 18 roku życia. Czyli 1 milion 400 tysięcy dzieci. I z tego jedna czwarta to jest 350 tysięcy dzieci doznało poważnych obrażeń w wyniku wojny. Ten naród, te osoby które tam jeszcze żyją, one są zniszczone psychicznie. 

To jest wielowymiarowe ludobójstwo. 

Ta trauma, która jest w tych ludziach, to jest straszna rzecz. Ja nie wiem, jak oni będą w stanie to wszystko przepracować. Wiele z tych osób w Gazie staje codziennie przed takim wyborem: nie bronić się i zginąć albo bronić się i zginąć. Co byś wybrała?

W naszej polskiej kulturze bardzo romantyzuje się opór. 

Tu nie ma nic chwalebnego. Ludzie stają do walki, która jest nierówna. Tu nie ma chwały, tu jest masakra, beznadzieja, desperacja. Nawet na Zachodnim Brzegu jest po prostu orwellowsko. Teraz Izrael zwiększył sobie prawo do administrowania większą porcją tego regionu. Ale nawet na tej części co niby jest w mandacie palestyńskim, policja izraelska sobie wjeżdża i wydaje mandaty. Na olbrzymie kwoty za złamanie prawa, które nie obowiązuje w jurysdykcji palestyńskiej. Przykład? Jazda b