Wielokrotnie słyszałem te same pytania, zadawane z troską, sceptycyzmem albo zwykłym zmęczeniem: „po co ci to? Po co stoisz na tych demonstracjach, po co jeździsz, po co ryzykujesz? Przecież i tak niczego nie zmienisz. Izrael ma za duże wpływy, świat ma inne problemy, a Palestyna leży za daleko”. Słyszałem to po mniejszych i większych akcjach, o których media milczały. Słyszałem to także wtedy, gdy w czerwcu ubiegłego roku razem z kilkunastoosobową polską delegacją wyjechaliśmy na Marsz do Gazy i już na wstępie spędziła nas noc w egipskim areszcie tylko za to, że próbowaliśmy razem z setkami aktywistów z całego świata wyruszyć w pokojowym marszu w kierunku granicy w Rafah. Marsz nie doszedł do skutku. Delegacje z wielu krajów trafiły do aresztu prosto z samolotu, a większość uczestników ostatecznie deportowano. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że tego typu działania przynoszą zamierzony skutek. Tylko nie zawsze natychmiastowo.
Ten artykuł jest odpowiedzią dla tych wszystkich, którzy wciąż w to wątpią.
Kiedy izraelska marynarka przechwyciła w maju 2026 r. drugą w przeciągu roku flotyllę humanitarną zmierzającą do Gazy, komentatorzy na całym świecie zadali to samo pytanie: jaki to ma sens? Statki nie docierają do celu, pomoc nie trafia do potrzebujących, a setki aktywistów lądują w izraelskich aresztach. Odpowiedź przyszła szybko i ze strony, po której mało kto się jej spodziewał. Premier Włoch Giorgia Meloni, która jeszcze niedawno uchodziła za jedną z największych sojuszniczek Trumpa i Netanjahu w Europie, oświadczyła, że „to, co spotkało aktywistów, jest absolutnie niedopuszczalne i musi nieść za sobą konsekwencje”. Hiszpania i Irlandia wezwały izraelskich ambasadorów, a Słowenia zapowiedziała ponowne rozważenie sankcji. Dziewięć państw zachodnich, w tym m.in. Belgia, Holandia i Kanada wystąpiło ze wspólnym oświadczeniem, a francuski minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot zażądał nałożenia sankcji Unii Europejskiej na izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben-Gwira. Presja – powolna, mozolna, trwająca latami – wreszcie zaczęła przynosić efekty.
2010: Świat patrzy na Mavi Marmara
Żeby zrozumieć skalę zmiany, trzeba cofnąć się o szesnaście lat. Wiosną 2010 r. sześć statków pod banderami Turcji, Grecji, Irlandii i kilku innych państw wyruszyło z Cypru ku wybrzeżom Gazy. Na pokładzie flagowej jednostki – tureckiego promu Mavi Marmara – płynęło ponad 600 aktywistów z 37 krajów, wiozących 10 tysięcy ton pomocy humanitarnej. 31 maja, na wodach międzynarodowych, izraelskie wojsko dokonało abordażu. W wyniku ich bestialskiego ataku zginęło dziewięciu aktywistów (dziesiąta z ofiar zmarła w 2014 r. po latach śpiączki), w tym dziewiętnastoletni obywatel Turcji Furkan Dogan, który otrzymał pięć ran postrzałowych, w tym jedną w twarz z bliskiej odległości¹.
Reakcja międzynarodowa – mierzona dzisiejszą miarą – była powściągliwa. Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała oświadczenie wzywające do „bezstronnego, wiarygodnego i przejrzystego śledztwa”. Turcja obniżyła rangę stosunków dyplomatycznych z Izraelem i wydaliła ambasadora. Kilka państw europejskich potępiło „nieproporcjonalne użycie siły”. I to wszystko. Żadnych sankcji, żadnych wezwań ambasadorów, żadnych zapowiedzi postawienia izraelskich ministrów przed międzynarodowymi trybunałami. Śmierć niewinnych aktywistów przeszła niemal bez echa.
Raport Palmera, przygotowany na zlecenie sekretarza generalnego ONZ, uznał wprawdzie izraelską blokadę morską za „legalną”, ale stwierdził też, że sposób przejęcia statków był „nadmierny i nieuzasadniony”². Ofiarom jednak nie przyznano odszkodowań. Sprawcy nie ponieśli konsekwencji. Międzynarodowy Trybunał Karny odmówił wszczęcia postępowania. Media po kilku tygodniach przestały interesować się tematem, a Palestyna znów zniknęła z czołówek.
2011–2015: kolejne statki, kolejne przechwycenia
Ruch flotyllowy nie umarł jednak wraz z Mavi Marmara. Przeciwnie – atak na cywilny statek humanitarny wstrząsnął sumieniami i zmobilizował nowych aktywistów. W lipcu 2011 r. francuski jacht Dignité Al-Karama podjął próbę dotarcia do Gazy z dziesięcioma aktywistami na pokładzie – został jednak przechwycony. W listopadzie tego samego roku dwie irlandzkie i kanadyjskie łodzie płynące pod flagą Freedom Waves to Gaza również nie zdołały przełamać blokady. W październiku 2012 r. szwedzki statek Estelle z trzydziestoma aktywistami z 15 państw został zatrzymany przez izraelską marynarkę po tygodniu żeglugi z Neapolu.
Każde z tych przechwyceń było opisywane przez media – głównie lokalne, czasem międzynarodowe. Każde budowało archiwum dokumentacji bezprawnych działań Izraela. Każde przybliżało moment, w którym milczenie przestałoby być opcją.
2015–2018: trzecia intifada i flotylle kobiece
W październiku 2015 r. wybuchła tzw. intifada noży – fala palestyńskich ataków i izraelskich represji, która przyniosła śmierć ponad 300 osobom. Media znów musiały zająć się Palestyną, choć przekaz pozostawał stronniczy. W tym samym roku narodził się pomysł Kobiecej Flotylli do Gazy – inicjatywy, która w kolejnych latach wielokrotnie próbowała zwrócić uwagę na dramatyczną sytuację palestyńskich kobiet i dzieci.
We wrześniu 2016 r. statek Zaytouna-Oliva z trzynastoma aktywistkami na pokładzie, w tym laureatką Pokojowej Nagrody Nobla Mairead Maguire, został zajęty przez izraelskie wojsko. W 2018 r. kolejna kobieca flotylla – z udziałem m.in. byłej amerykańskiej dyplomatki Ann Wright – podjęła próbę dotarcia do Gazy. Również została napadnięta i zatrzymana. Media pisały o tym, ale bez entuzjazmu. Wciąż była to „działalność radykalnych aktywistów”, nie zaś, jak dziś, „legalna, pokojowa misja humanitarna”, którą w oficjalnych oświadczeniach przywołują rządy.
2024–2025: Globalna Flotylla Sumud i pierwsze próby
Rok 2024 przyniósł nową jakość. Świat oglądał w czasie rzeczywistym obrazy z Gazy, które nie pozostawiały złudzeń co do skali katastrofy. Organizacje humanitarne alarmowały o widmie głodu. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nakazał Izraelowi umożliwienie dostaw pomocy humanitarnej. Palestyna wróciła na czołówki – tym razem nie jako odległy konflikt, lecz jako sprawdzian dla systemu prawa międzynarodowego.
W tym właśnie kontekście narodziła się Globalna Flotylla Sumud. „Sumud” to arabskie słowo oznaczające niezłomność, wytrwałość, trwanie przy swoim mimo przeciwności. Nazwa nie była przypadkowa – odzwierciedlała charakter całego ruchu, który przez szesnaście lat ani razu nie zrezygnował, mimo że ani jeden statek nie dotarł do celu.
Latem 2025 r. zaplanowano pierwszą zakrojoną na szeroką skalę akcję koalicji Sumud. Miała ona charakter dwutorowy: od strony morza konwój statków humanitarnych, a od strony lądu – międzynarodowy marsz pokojowy, który wyruszyć miał z Kairu w kierunku przejścia granicznego w Rafah. Maszerujący z całego świata aktywiści – wśród nich kilkunastoosobowa delegacja z Polski – nieśli pomoc i listy solidarnościowe, a sam marsz pomyślany był jako pokojowa manifestacja prawa Palestyńczyków do życia bez blokady.
Plany te legły w gruzach, zanim jeszcze uczestnicy zdążyli opuścić Kair. Egipskie służby bezpieczeństwa – w koordynacji z izraelskim wywiadem – zablokowały przejazd autokarów i aresztowały setki aktywistów z kilkudziesięciu krajów, zanim ci w ogóle zobaczyli granicę. Polska delegacja – podobnie jak grupy z kilkunastu krajów – trafiła na kilkanaście godzin do aresztu na przedmieściach stolicy, gdzie przetrzymywano ją w prymitywnych warunkach, bez dostępu do telefonów i adwokatów. Ostatecznie większość uczestników deportowano do krajów pochodzenia, a sam marsz – zdławiony.
Niedługo później izraelska marynarka porwała morską część konwoju. Ta pierwsza próba flotylli Sumud została udaremniona, zanim ktokolwiek zdążył dostrzec jej znaczenie. Mimo to media odnotowały te wydarzenia już zdecydowanie częściej, a w mediach społecznościowych lawinowo rosła liczba informacji na temat działań aktywistów.
Kiedy pół roku później, 29 kwietnia 2026 r., izraelscy wojskowi porwali pierwsze jednostki ostatniej flotylli, a następnie – 18 maja – porwali jej główną część z 428 aktywistami z 44 krajów na pokładzie, reakcja była już zupełnie inna. Lekcja z Kairu została odrobiona: aktywiści zadbali o transmisje na żywo, a organizacje pozarządowe przygotowały się do natychmiastowej pomocy prawnej. Tym razem świat nie mógł odwrócić wzroku.
2026: Politycy wreszcie mówią głośno
Nie sam fakt porwania statków flotylli, lecz zachowanie izraelskich władz wobec zatrzymanych okazało się punktem zwrotnym. Minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gwir opublikował nagrania przedstawiające upokarzanie aresztowanych aktywistów – klęczących ze związanymi rękami, przy akompaniamencie izraelskiego hymnu. Na jednym z filmów Ben-Gwir macha flagą i wykrzykuje: „Witamy w Izraelu, to my tu rządzimy!”. Na innym widać aktywistkę rzuconą siłą na ziemię za skandowanie „Wolna Palestyna”.
To był ten moment. Świat zobaczył nie tylko izraelską blokadę w działaniu, ale także arogancję władzy, która tę blokadę symbolizuje. Hiszpania – jeden z najbardziej konsekwentnych obrońców praw Palestyńczyków w Europie – natychmiast wezwała izraelskiego ambasadora i zażądała oficjalnych wyjaśnień. Irlandia, która jako pierwszy kraj Unii Europejskiej odważył się głosić, że „Gaza to terytorium okupowane”, poszła o krok dalej – premier Micheál Martin wystosował formalny list do przewodniczącego Rady Europejskiej z wnioskiem o pilną debatę na szczycie UE, a irlandzki parlament przyjął rezolucję wzywającą rząd do jednostronnego nałożenia sankcji na izraelskich ministrów odpowiedzialnych za łamanie praw człowieka.
Słowenia – państwo, które jeszcze kilka lat temu uznawane było za peryferyjnego gracza w europejskiej polityce – zapowiedziała, że ponownie rozważy nałożenie własnych sankcji na Izrael, jeśli Unia Europejska nie podejmie wspólnych działań. Belgia i Holandia wezwały izraelskich ambasadorów na dywanik. Kanada dołączyła do tego grona, a premier Justin Trudeau oświadczył publicznie, że „traktowanie aktywistów humanitarnych przez izraelskie władze jest całkowicie nieakceptowalne”.
Do tego grona dołączyły państwa, których reakcja miała szczególną wagę dyplomatyczną. Belgia i Holandia wezwały izraelskich ambasadorów. Kanadyjski premier Justin Trudeau oświadczył publicznie, że „traktowanie aktywistów humanitarnych przez izraelskie władze jest całkowicie nieakceptowalne”. We Francji minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot zakazał Ben-Gwirowi wjazdu na terytorium Republiki i wezwał do sankcji unijnych. Nawet Włochy, których rząd tradycyjnie utrzymywał z Izraelem poprawne relacje, dołączyły do fali krytyki – premier Giorgia Meloni nazwała działania izraelskich władz „absolutnie niedopuszczalnymi” i dodała: „Solidarność z Izraelem nie może oznaczać przyzwolenia na tortury”. Dziewięć państw zachodnich wystąpiło ze wspólnym oświadczeniem – bezprecedensowy pokaz jedności, o który jeszcze kilka lat wcześniej nikt by nie podejrzewał europejskich stolic.
87 zatrzymanych aktywistów podjęło w areszcie strajk głodowy. Ich relacje po uwolnieniu – o biciu, torturach, molestowaniu seksualnym, poniżaniu, zrywaniu hidżabów – obiegły świat. Organizacja Adalah udokumentowała „dużą liczbę skarg dotyczących ekstremalnej przemocy, ujawniających nowy wzorzec fizycznego znęcania się celowo stosowanego przez izraelskie władze”³.
Presja działa – powoli, ale działa
Szesnaście lat dzieli pierwsze flotylle od dyplomatycznej burzy wiosny 2026 r. Szesnaście lat, w trakcie których każda kolejna próba przełamania blokady, każdy aresztowany aktywista, każdy artykuł i relacja budowały fundament pod dzisiejsze reakcje. Bez Mavi Marmara nie byłoby Globalnej Flotylli Sumud. Bez uporu organizatorek Kobiecej Flotylli do Gazy nie byłoby międzynarodowego oburzenia na zrywanie hidżabów z głów aresztowanych kobiet. Bez lat mozolnego dokumentowania izraelskich naruszeń nie byłoby dziś tak stanowczej postawy polityków.
O skali zmiany świadczy też postawa tych, którzy jeszcze niedawno trzymali się z daleka. Janina Ochojska i Polska Akcja Humanitarna – krytykowane wcześniej przez wiele środowisk za zbytnią powściągliwość i unikanie politycznego języka – tym razem bez wahania zaangażowały się we wsparcie Globalnej Flotylli Sumud. „Akcja Globalnej Flotylli Sumud udała się, mimo tego, że konwój humanitarny został przechwycony, bo ludzie znów zaczęli mówić o Strefie Gazy” – stwierdziła Janina Ochojska. I dodała coś, co jest kwintesencją odpowiedzi na pytanie o sens takich działań: „Takie akty symboliczne są niezwykle ważne, bo mówią o tym, że pamiętamy, że się solidaryzujemy, że sprzeciwiamy się temu, co Izrael robi w Strefie Gazy. Zapomnienie pozostawia ludzi w totalnej beznadziei, a odpowiedzialność za to ponoszą ci, którzy mogliby coś zrobić, ale nie robią”⁴.
Bez flotylli, bez marszów, bez konwojów humanitarnych, bez strajków głodowych i bez tysięcy ludzi gotowych ryzykować aresztowanie i tortury, o Palestynie milczano by nadal. Izraelska blokada Gazy trwa od 2007 r. – przez pierwsze osiem lat nikt nie organizował masowych protestów, nikt nie wysyłał statków humanitarnych, nikt nie wzywał ambasadorów na dywanik. Przez osiem lat świat odwracał wzrok, a media traktowały cierpienie Palestyńczyków jako tło, ewentualnie krótką wzmiankę w dziale „Świat”. Dopiero oddolny, międzynarodowy ruch solidarnościowy – rozpoczęty przez garstkę idealistów, którzy uznali, że nie wolno milczeć – zmusił opinię publiczną, a w ślad za nią polityków, do reakcji.
Małe kroki, wielka zmiana
Ci, którzy pytają „po co to robisz, skoro i tak nic nie zmienisz”, mylą dwie rzeczy: pojedynczą akcję z długim procesem. Myślą o pojedynczym marszu, jednej flotylli, jednym aresztowaniu – i mają rację: jeden dzień na ulicy nie przeważy szali. Ale seria pozornie nieskutecznych działań, powtarzanych latami przez ludzi w kilkudziesięciu krajach, potrafi zburzyć najszczelniejszą nawet ścianę milczenia.
Zmiana nie przychodzi jak grom z jasnego nieba. Przychodzi krok po kroku. Statek, który nie dopływa. Marsz, który nie dochodzi. Delegacja, która ląduje w areszcie. I kolejna, następnym razem. Każda z tych porażek dokłada swoją cegłę. Aż w końcu – któregoś dnia – premier Włoch mówi głośno to, czego szesnaście lat wcześniej nie odważył się powiedzieć nikt. Hiszpania i Irlandia wzywają ambasadorów. Dziewięć państw wydaje wspólne oświadczenie. I nagle okazuje się, że mur obojętności, który wydawał się nie do przebicia, jest już pełen rys.
Siedząc wtedy w egipskim areszcie, nie wiedziałem, że za kilka miesięcy świat będzie patrzył na Izrael zupełnie inaczej. Nie wiedziałem, że ta konkretna akcja – choć sama w sobie nieskuteczna – będzie częścią większej historii, która właśnie się pisze. Dziś już wiem. I dlatego na pytanie „czy to ma sens” odpowiadam z przekonaniem: tak, ma. Każdy transparent, każdy statek, każdy strajk głodowy, każda delegacja ma sens. Bo to z nich, cegła po cegle, buduje się zmiana.
Ciąg dalszy nastąpi
Organizatorzy flotylli już zapowiedzieli kolejne akcje. Rana Ibrahim, rzeczniczka GSF, deklaruje: „Będziemy kontynuować organizację, dopóki nie nastąpią konkretne działania ze strony wybranych urzędników, a Izrael nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności”⁵. Przygotowywane są pozwy przeciwko izraelskim władzom. Turcja zapowiedziała przedłożenie zebranych zeznań i raportów medycznych Międzynarodowemu Trybunałowi Sprawiedliwości. Szesnaście lat temu nikt nie mówił o MTS w kontekście flotylli. Dziś jest to realna perspektywa.
Czy kolejne statki dotrą do Gazy? Prawdopodobnie nie. Izraelska blokada pozostaje szczelna, a zacietrzewienie tamtejszych władz – niezmienne. Ale cel jest inny i został już osiągnięty: Palestyny nie da się już zignorować. Świat patrzy. Politycy reagują. Media piszą. I właśnie dlatego flotylle – choć pozornie skazane na niepowodzenie – są jednym z najskuteczniejszych narzędzi obywatelskiego oporu. Bo jak uczy szesnaście lat doświadczeń, bez nich nie byłoby prawie nikogo, kto by się o Palestynę upomniał.
¹ Raport panelu ekspertów ONZ (tzw. raport Palmera), wrzesień 2011 r., s. 53–55.
² Ibidem, s. 4.
³ Adalah, komunikat prasowy, 22.05.2026 r.
⁴ Janina Ochojska, cyt. za: PAP, „Akcja Globalnej Flotylli Sumud udała się”, 21.05.2026 r.
⁵ Rana Ibrahim, cyt. za: „The New Arab”, 23.05.2026 r.
KALENDARZ 
