Z nocy z czwartku 30 na piątek 31 lipca 2026 r. Ceuta – hiszpańska eksklawa na marokańskim wybrzeżu, licząca niespełna 85 tysięcy mieszkańców – zamieniła się w miejsce największego kryzysu migracyjnego w tym regionie od 2021 r. W ciągu kilkudziesięciu godzin granicę przekroczyło, według rozbieżnych szacunków hiszpańskiego MSW i władz lokalnych, od 49 do 60 tysięcy osób, a liczba ofiar śmiertelnych – w większości topielców, którzy usiłowali opłynąć falochron Tarajal na dmuchanych kołach do pływania – sięgnęła kilkudziesięciu. Skalę i tempo wydarzenia, odpowiadające niemal siedemdziesięciu procentom populacji miasta w ciągu dwóch dni, trudno pogodzić z obrazem spontanicznego chaosu. „New York Times”, powołując się na relacje samych migrantów, podał, że marokańskie służby graniczne aktywnie zachęcały ich do przekraczania granicy, a hiszpańskie MSW opublikowany w piątek komunikat o skali przekroczeń po kilku godzinach usunęło ze swojej strony, bez wyjaśnień.
Oficjalna narracja (europejska prawica ochoczo mówiła o „inwazji”) pomija to, co eksperci od migracji powtarzają od lat: Maroko systematycznie wykorzystuje przepływ ludzi jako instrument nacisku politycznego na Madryt i Brukselę w sprawie Sahary Zachodniej, okupowanego przez Rabat byłego terytorium hiszpańskiego. Ostatni tak dotkliwy epizod miał miejsce w maju 2021 r., gdy w odwecie za przyjęcie przez Hiszpanię na leczenie lidera Frontu Polisario, marokańskie posterunki graniczne na dwa dni po prostu przestały istnieć, a do Ceuty w ciągu kilkudziesięciu godzin weszło osiem tysięcy osób. Kiedy w 2022 r. rząd Pedra Sáncheza poparł marokański plan „autonomii” Sahary Zachodniej, kurek natychmiast przykręcono.
Dlaczego akurat teraz
Rządowi w Rabacie nie zależy jednak wyłącznie na uznaniu Sahary Zachodniej. Kryzys wybuchł dziesięć dni po tym, jak Sánchez złożył oficjalną wizytę w Algierii – regionalnym rywalu Maroka i głównym dziś dostawcy gazu dla Hiszpanii – nazywając ją „partnerem strategicznym”, oraz krótko po tym, jak komisja hiszpańskiego parlamentu przyjęła projekt ułatwiający obywatelstwo Saharyjczykom urodzonym pod hiszpańską administracją. Hiszpański Sztab Generalny ostrzegał już w 2025 r., że zwrot Madrytu w polityce wobec Sahary nastąpił bez żadnej rekompensaty wojskowej, co pozostawiło obie eksklawy – Ceutę i Melillę – w osłabionej pozycji wobec marokańskich aspiracji. Do tego dochodzi trzeci, systematycznie pomijany w zachodnich mediach wątek: Sánchez należy dziś do najbardziej krytycznych wobec rządu Netanjahu przywódców w Europie – domaga się zawieszenia umów handlowych z Izraelem i konsekwentnie broni na forach międzynarodowych praw Palestyńczyków. To właśnie ta pozycja czyni go wygodnym celem dla sojuszu interesów znacznie szerszego niż tylko marokański.
Amerykańska prawica wchodzi do gry
Od wiosny 2026 r. roszczenia Maroka wobec Ceuty i Melilli zyskują coraz głośniejsze poparcie części amerykańskiej prawicy. Michael Rubin, były urzędnik Pentagonu związany z prawicowym think tankiem American Enterprise Institute, w tekstach z 12 i 16 marca wzywał administrację Trumpa do uznania obu miast za „okupowane terytorium marokańskie”, nazywając Hiszpanię potęgą kolonialną „prowadzącą kolonie po obu stronach Cieśniny Gibraltarskiej”, i otwarcie sugerował Maroku powtórkę Zielonego Marszu z 1975 r. – wysłanie cywilów do rozbiórki ogrodzeń granicznych. Za retoryką poszły konkretne działania w Kongresie: kongresmen Mario Díaz-Balart, bliski sojusznik sekretarza stanu Marco Rubia, oświadczył w kwietniowym wywiadzie, że obie eksklawy „nie leżą na terytorium geograficznym Hiszpanii”, a Komisja ds. Środków Budżetowych Izby Reprezentantów – z jego inicjatywy – po raz pierwszy w historii wprowadziła do oficjalnego dokumentu sformułowanie opisujące Ceutę i Melillę jako miasta „położone na terytorium Maroka”. Ten sam Waszyngton, który od miesięcy osłania Izrael przed konsekwencjami wojny w Gazie, znajduje więc czas i słowa, by kwestionować suwerenność europejskiego sojusznika, akurat wtedy, gdy ten sojusznik najgłośniej mówi o Palestynie.
Izrael w tle sporu o cieśninę
Nie jest to pierwszy raz, gdy izraelska prawica sygnalizuje zainteresowanie losem obu miast. Już w 2019 r. Yair Netanjahu, syn premiera Izraela, publicznie nawoływał muzułmanów do „odzyskania” hiszpańskiego terytorium w Afryce Północnej – co zmusiło ambasadorkę Izraela w Madrycie do oficjalnego zdementowania, jakoby państwo izraelskie popierało takie stanowisko. Deklaracje dementujące nie przeszkodziły jednak ambasadorowi Izraela przy ONZ Danny’emu Danonowi, politykowi prawego skrzydła Likudu, w tym, by tuż po dramatycznych wydarzeniach w Ceucie zaatakować Hiszpanię wprost, pisząc, że „ciągle pouczająca Izrael” powinna wytłumaczyć się ze swojej „kolonialnej” polityki wobec Maroka. Trudno o wymowniejszy przykład podwójnych standardów: kraj oskarżany przez Sánchezowski rząd o łamanie prawa międzynarodowego w Gazie udziela lekcji antykolonializmu państwu, które broni swojego terytorium przed roszczeniami sąsiada.
Te słowa nie biorą się znikąd. Od podpisania w listopadzie 2021 r. pierwszego w historii porozumienia obronnego między Izraelem a państwem arabskim, Maroko stało się jednym z głównych klientów izraelskiego przemysłu zbrojeniowego – kupując system obrony przeciwlotniczej Barak, drony rozpoznawcze Hermes koncernu Elbit Systems, rakiety EXTRA oraz izraelskie satelity szpiegowskie, a w listopadzie 2025 r. Elbit i Israel Aerospace Industries miały uruchomić pod Casablanką fabryki dronów bojowych. Ten sam sprzęt wykorzystywany jest w konflikcie z Frontem Polisario o Saharę Zachodnią – to samo terytorium, którego uznanie Rabat próbuje dziś wymusić na Madrycie, także przy pomocy migrantów wypychanych pod ogrodzenie w Ceucie.
Powiązania sięgają też prosto do europejskiego parlamentu. W lutym 2025 r., podczas kongresu sojuszu Patriots.eu – zorganizowanego symbolicznie właśnie w Madrycie – rządzący Izraelem Likud został jednogłośnie przyjęty jako pierwszy pozaeuropejski członek obserwator tej frakcji, do której należą m.in. hiszpański Vox, francuskie Zjednoczenie Narodowe czy węgierski Fidesz. To właśnie lider Vox, Santiago Abascal, jeszcze zanim ucichły echa tragedii na plażach Ceuty, mówił o „mężczyznach w wieku poborowym” i inwazji – ten sam język, którym w mediach społecznościowych posłużył się Donald Trump, przedstawiając zdjęcia z Ceuty jako ostrzeżenie przed „rządami Demokratów”. Formalnie Izrael zaprzecza, jakoby popierał marokańskie roszczenia terytorialne. W praktyce jego najbliżsi sojusznicy – od amerykańskich republikanów po europejską skrajną prawicę zasiadającą z Likudem w jednej frakcji – prowadzą kampanię, która uderza dokładnie w rząd najgłośniej krytykujący Tel Awiw w Unii Europejskiej.
Cieśnina, przez którą nie popłynie broń
Żeby zrozumieć stawkę tego sporu, trzeba spojrzeć na mapę. Cieśnina Gibraltarska ma w najwęższym miejscu zaledwie czternaście kilometrów szerokości, a jej brzegi to od północy Hiszpania (wraz z Ceutą po stronie afrykańskiej), od południa – Maroko. To jeden z najbardziej newralgicznych szlaków morskich świata: łączy Morze Śródziemne z Atlantykiem, a rocznie przepływa przez nią kilkadziesiąt tysięcy statków, w tym większość transportów zaopatrujących południową flankę NATO. Kto kontroluje oba brzegi cieśniny, kontroluje faktycznie klucz do Morza Śródziemnego.
To właśnie ten klucz Sánchez obrócił przeciwko Izraelowi. We wrześniu 2025 r., nazywając wprost działania izraelskiej armii w Gazie „ludobójstwem”, premier Hiszpanii ogłosił dziewięciopunktowy plan nacisku na rząd Netanjahu: całkowite embargo na handel bronią, zakaz tranzytu izraelskiego sprzętu wojskowego przez hiszpańskie porty i przestrzeń powietrzną oraz wykluczenie izraelskich firm zbrojeniowych z hiszpańskich przetargów. Kilka tygodni później Madryt poszedł o krok dalej i zakazał Stanom Zjednoczonym wykorzystywania baz Rota i Morón – położonych po hiszpańskiej stronie właśnie na wejściu do cieśniny – do przerzutu broni dla Izraela, uderzając bezpośrednio w logistykę sojuszu amerykańsko-izraelskiego. Efekt był natychmiastowy i namacalny: sześć myśliwców F-35 przekazywanych Izraelowi przez administrację Trumpa musiało ominąć hiszpańskie bazy i tankować na portugalskich Azorach, byle tylko nie zbliżać się do kontrolowanej przez Madryt cieśniny. Tel Awiw odpowiedział oskarżeniem Hiszpanii o prowadzenie „wrogiej” i „antysemickiej” kampanii, a minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar nałożył osobiste sankcje na wicepremier Yolandę Díaz i minister Sirę Rego, zakazując im wjazdu do Izraela. Innymi słowy: Hiszpania, dysponując oboma brzegami newralgicznego przejścia, pokazała, że potrafi realnie utrudnić Izraelowi dozbrajanie się przy pomocy Waszyngtonu – i że jest gotowa z tej pozycji korzystać.
W tym świetle roszczenia wobec Ceuty i Melilli przestają być wyłącznie sporem o kolonialną przeszłość. To spór o to, kto w przyszłości będzie decydował, co może, a co nie może przepłynąć przez wschodnie wrota Morza Śródziemnego. Gdyby marokańskie – i wspierane przez amerykańską prawicę – roszczenia terytorialne zyskały na sile, oba brzegi cieśniny znalazłyby się pod kontrolą podmiotów zdecydowanie bardziej przychylnych Tel Awiwowi niż obecny rząd w Madrycie. Embargo, które dziś boli Izrael i komplikuje logistykę Pentagonu, przestałoby mieć znaczenie, gdyby to nie Hiszpania decydowała, co dzieje się na styku Ceuty z resztą świata.
Komu to służy
Chociaż na ten moment brak zdecydowanych dowodów by ktoś w Tel Awiwie czy Waszyngtonie wydał rozkaz otwarcia granicy w Ceucie to trudno nie zauważyć, komu ten kryzys – niezależnie od jego bezpośrednich przyczyn – ostatecznie służy. Upadek lub choćby dalsze osłabienie rządu Sáncheza uciszyłoby jeden z nielicznych głosów w Europie konsekwentnie broniących Palestyńczyków i domagających się rozliczenia Izraela – oraz jedyny rząd w regionie, który w praktyce, a nie tylko w deklaracjach, potrafił utrudnić Izraelowi dostęp do broni. Uznanie marokańskich roszczeń wobec Ceuty i Melilli oznaczałoby dla Waszyngtonu i Tel Awiwu coś więcej niż symboliczną porażkę Madrytu – oznaczałoby nowy instrument nacisku dokładnie w tym miejscu, gdzie Hiszpania dziś najskuteczniej blokuje przepływ izraelskiego i amerykańskiego sprzętu wojskowego. A dla izraelskiej prawicy, dziś formalnie zasiadającej w jednej europarlamentarnej frakcji z Vox i Zjednoczeniem Narodowym, każdy kryzys osłabiający rząd Sáncheza to kryzys, który nie wymaga nawet oficjalnego poparcia, by przynieść pożądany efekt.
Migranci ginący u wybrzeży Ceuty nie są stroną w żadnym z tych sporów – są, jak to bywa w wojnach hybrydowych, jedynie narzędziem. Tym bardziej warto pamiętać, kto stoi za stołem, przy którym rozgrywana jest ta partia, i kto – niezależnie od wyniku – zawsze z niej wychodzi zwycięsko.
KALENDARZ 
