Palestine 36 dzieło życia Annemarie Jacir potwierdza jej pozycję w gronie najwybitniejszych twórców kina świata arabskiego. To również jeden z najlepszych epickich filmów historycznych ostatnich lat.
Znakomita obsada obejmuje gwiazdy palestyńskie (Hiam Abbass, Saleh Bakri), z Wysp Brytyjskich (Jeremy Irons, Robert Aramayo, Liam Cunningham), wschodzącą gwiazdę w osobie Karima Daouda Anayi (jego debiut), a nawet niewielki występ znanego m. in. z Al Jazeery kuwejcko-amerykańskiego dziennikarza Ahmeda Shihab-Eldina.
Wielka Rewolucja Arabska
Jacir odtwarza na ekranie rozdział historii – wcześniej w kinie nieobecny, a przecież kluczowy w dziejach trwającej do dziś brutalnej kolonizacji Palestyny – i tworzy z niego centralny temat filmu fabularnego. Mowa o 1936 roku, kiedy wybuchła „Wielka Rewolucja Arabska” wymierzona przeciwko brytyjskiemu panowaniu w Palestynie. Jako główne tło powstania film ukazuje nasilającą się, a zarazem wspieraną przez Brytyjczyków kolonizację, w ramach której napływający z Europy żydowscy osadnicy systematycznie przejmują kolejne tereny.
Brytyjczycy walczyli z palestyńskim powstaniem aż do 1939 r., kiedy je ostatecznie stłumili. Londyn zaangażował w to tak ogromne siły i tak brutalne metody, że klęska tej rewolty na długo przetrąciła i wyczerpała palestyńskie społeczeństwo, a przede wszystkim jego zdolność do samoorganizacji i skoordynowanego oporu. Stąd bezradność w momencie proklamowania przez syjonistyczną kolonię „niepodległości” pod nazwą Państwo Izrael. Palestyńczycy nie zdążyli się wyprostować od poprzedniego wielkiego wysiłku zakończonego wielką klęską, od której nie minęła nawet dekada.
Jacir jako reżyserka demonstruje znakomite panowanie nad bohaterem zbiorowym – palestyńskim społeczeństwem, które choć wewnętrznie podzielone, podejmuje wysiłek kolektywnego oporu przeciwko procesom kolonizacji. Równie pewną ręką prowadzi galerię postaci reprezentujących rozmaite położenia w strukturze klasowej i wobec struktury władzy kolonialnego Imperium. Twórczyni znajduje idealną równowagę między patosem historycznej tragedii a stylem, który nie popada w sentymentalizm. Płynnie balansuje między poetyckimi obrazami ziemi, będącej obiektem zbiorowego przywiązania, wraz z rodzonymi przez nią roślinami a portretami postaci stojących przed groźbą utraty swojego prawa do tej ziemi, żywiącej ich i stanowiącej miejsce spoczynku ich przodków. Dzieła dopełniają przepiękne zdjęcia Hélène Louvart i Sary Blum.
Konkret i uogólnienie
Film widziałem dopiero niedawno, bo dopiero teraz pokazywany jest w Amsterdamie. Największe wrażenie zrobiło na mnie udane połączenie poziomu realistycznego (odtworzenie całego tamtego społecznego i materialnego świata) z refleksją na wyższych poziomach uogólnienia.
Mamy tutaj bowiem obserwację dynamiki tamtej konkretnej kolonialnej przemocy i oporu wobec niej. Zarazem widz z innej części świata może ją łatwo „przetłumaczyć” na inne kolonialne lub neokolonialne uwarunkowania i zobaczyć na przykład, jak to się dzieje, że dzieci czasem chwytają za broń. Nie dlatego, że są „wychowywane do nienawiści” lub w „irracjonalnych ideologiach”. Dlatego, że jedyny świat, jaki znają i w jakim potrafią się poruszać, jest na ich oczach systematycznie grodzony, niszczony. Kurczą się jego granice, a ich bliskim odbierana jest godność albo życie, albo najpierw jedno, potem drugie. Dlatego wreszcie, że one same także padają wielokrotnie ofiarą przemocy naprawdę szokującej.
Jacir w wielu scenach przedstawia kolonialne praktyki Brytyjczyków w Palestynie z wyraźną intencją wywoływania skojarzeń: jak podobne były do wszystkiego, co dzisiaj Palestyńczykom wyrządza aparat przemocy Izraela. Przykuwanie dzieci do masek samochodów i wożenie ich tak w funkcji żywych tarcz (to Izrael, nie Hamas, używa dzieci w ten sposób). Wbijanie przez żołnierzy do domów, żeby utrzymywać cywilów pod okupacją w stanie zastraszenia. Bezkarność żydowskich osadników, którzy mogą sobie nawet strzelać do ludzi – oraz brutalne represje za każdą palestyńską próbę reagowania na przemoc tamtych. Brutalne i bezlitosne traktowanie dzieci, kobiet i ludzi sędziwych. Posterunki na drogach pomiędzy miejscowościami, wymaganie pozwoleń na poruszanie się po własnym kraju. Wszystko to kolonialne metody, które Izrael przejął w spadku po Brytyjczykach.
Jacir pokazuje więc ciągłość kolonializmu, jego logiki i metod, niezależnie od tego, jakie mocarstwo akurat egzekwuje tę formę władzy (pewne rzeczy wyglądały tak samo w Indiach, Irlandii, Algierii). Pokazuje też ciągłość tej konkretnej kolonizacji – kolonizacji Palestyny. Izrael jest rasistowską kolonią osadniczą, która kontynuuje kolonialną politykę starych europejskich imperiów kolonialnych pod formalnymi pozorami, że jest „normalnym” państwem narodowym.
Kolonia bez metropolii
Po filmie przypomniała mi się pewna sytuacja. Kiedy w lewicowej redakcji przyjęto mój tekst o ludobójstwie w Gazie, redaktor zgłosił zastrzeżenia do frazy „ostatnia europejska kolonia na Bliskim Wschodzie”, użytej w odniesieniu do Izraela. „W takim razie co byłoby metropolią tej kolonii, cała Europa?”. Ponieważ to nie było sedno mojego wywodu, zgodziłem się na wykreślenie tej frazy dla dobra tego, co w tekście było kluczowe.
Film Jacir pokazuje, m. in. dlaczego to argument nietrafiony. Oczywiście, relacja między kolonią a metropolią jest centralna dla kolonializmu i imperializmu. Przy założeniu, że metropolia jest ośrodkiem władzy imperium kolonialnego, które narzuca i administruje nagą przemoc oraz zasady eksploatacji podporządkowanych terytoriów oraz ich populacji; zarazem ośrodkiem przejmującym ogromną część wartości dodatkowej uzyskiwanej dzięki gospodarkom kolonii, przez nie same, poprzez handel ich surowcami, poprzez kontrolę nad nimi jako rynkami zbytu dla własnej produkcji bardziej zaawansowanej technologicznie, wreszcie dla kapitału. W imperiach kolonialnych ktoś (metropolia) eksploatuje kogoś innego (kolonie). To jednak nie znaczy, że każda europejska kolonia – albo każdy proces kolonizacyjny – miały od początku i na każdym etapie swojego istnienia jednoznacznie określoną metropolię.
Państwa utworzone przez Burów w południowej Afryce w XIX w. nie zostały założone, nie były zarządzane i eksploatowane przez Niderlandy. Natal, Transwal i Wolne Państwo Oranje powstały niezależnie od Hagi i Amsterdamu, nie odprowadzały do „Niskich Krajów” żadnych danin, a przecież były europejskimi koloniami założonymi przez kolonistów pochodzących głównie z Niderlandów (Niemcy i Francuzi się szybko zasymilowali z ich kulturą w dialekcie języka niderlandzkiego). Są także inne podobieństwa do Izraela. W państwach Burów panował ustrój oparty na zróżnicowaniu praw ludności europejskiej i afrykańskiej, a więc apartheid avant la lettre. Istniały więc już w nowożytnej historii europejskie kolonie bez metropolii sensu stricto. Dopiero przegrane wojny z Brytyjczykami włączyły burskie kolonie w orbitę metropolii – bynajmniej nie państwa, z którego te osadnicze społeczności pierwotnie pochodziły (w większości) i którego językiem mówiły. Podobnie jak w Izraelu, niektórzy (ale tylko niektórzy) z europejskich osadników, którzy utworzyli społeczeństwo burskie, byli uciekinierami przed prześladowaniami w Europie lub potomkami takich uciekinierów (kalwini francuscy, czyli hugenoci).
Jednym z elementów odtwarzania przez Jacir na ekranie rzeczywistości Palestyny lat 30. XX w. jest przypomnienie, że syjonizmu i zbrodni Izraela nie można „tłumaczyć” hitlerowską zagładą europejskich Żydów. W sensie, że syjonizm powstał „w odpowiedzi na Holokaust”. W roku 1936 żadnej zagłady europejskich Żydów nie było jeszcze w planie (został od sformułowany dopiero na konferencji w Wannsee w styczniu 1942 r., w reakcji na niepowodzenia III Rzeszy na froncie wschodnim) – a syjonizm plany stopniowego przejęcia Palestyny i spychania miejscowej ludności dawno już miał. Nie tylko plany, działał. Żydowscy osadnicy posługiwali się nie tylko sztuczkami prawnymi, ale i przemocą, oraz polegali na wsparciu potężnego i bezwzględnego imperialnego patrona, wówczas Wielkiej Brytanii, jak dziś Stanów Zjednoczonych.
W 1936 r. nie było jeszcze planu zagłady europejskich Żydów – ale oczywiście miały już miejsce ich prześladowania. Nie tylko jednak prześladowania, ale również współpraca między syjonistami (których organizacji naziści nie zdelegalizowali) a III Rzeszą w zachęcaniu niemieckich Żydów do kolonizacji Palestyny. Pośród architektów ustanowienia w Lewancie syjonistycznej kolonii do przekształcenia w przyszłe państwo byli także Żydzi, którzy bynajmniej nie cierpieli żadnych prześladowań. Deklaracja Balfoura z 1917 r., stanowiąca zobowiązanie państwa brytyjskiego, że w Palestynie powstanie „narodowy dom” dla Żydów, była obietnicą złożoną baronowi z bankierskiej dynastii Rothschildów. Wielu przywódców ruchu syjonistycznego traktowało prześladowania europejskich Żydów nie jako nieszczęście, któremu trzeba zaradzić, ale zupełnie cynicznie i instrumentalnie: jako okoliczność podnoszącą szanse powodzenia ich projektu.
Londyn – Waszyngton
Londyn zawsze i wszędzie, gdzie udało mu się przejąć kontrolę i podporządkować sobie terytorium, rozgrywał jednych ludzi przeciwko drugim. „Dziel i rządź” to była metoda umożliwiająca nie tak znowu wielkiej wyspie panowanie nad tak ogromną częścią świata.
Ale w konkretnym przypadku Palestyny intencje przynajmniej niektórych grup interesu w Londynie były mniej więcej takie. W projekcie wspierania syjonistycznej kolonizacji Palestyny (z perspektywą na państwo), chodziło o to, by powstała taka kolonia o wewnętrznych cechach Transwalu, która z wdzięczności za umożliwienie własnego powstania będzie lojalna wobec interesów Londynu, działała po tych samych liniach, za to jej nowa niezależność odciąży rubryki rozchodów imperialnych ksiąg rachunkowych.
Palestyna była bowiem dla Brytyjczyków bardzo drogą w utrzymaniu kolonią – w pewnym momencie na tym niewielkim terytorium stacjonowało więcej brytyjskich żołnierzy niż w kolosalnych Indiach. Niewielka Palestyna nie produkowała dóbr o wartości dla scentralizowanego w Londynie handlu światowego porównywalnej z produktem Indii. Dla Brytyjczyków znaczenie Palestyny było wtórne, uzupełniające dla kontroli nad Indiami – leżała na drodze, którą płynęły statki tam i stamtąd. Kontrola nad nią była częścią architektury bezpieczeństwa dla handlu światowego, w szczególności handlu z Indiami. Gdyby tym terytorium mogło zarządzać państwo „uwolnione” od bezpośredniej (finansowej i militarnej) zależności od Londynu, ale lojalne za sprawą długu wdzięczności i wspólnoty interesów, równie osadnicze (więc podzielające rasistowską kulturę i solidarne z innymi rasistowskimi mocarstwami) stanowiłoby to ekonomiczną oszczędność przy jednoczesnym zachowaniu korzyści w zakresie bezpieczeństwa szlaków handlowych.
II wojna światowa wyczerpała Wielką Brytanię finansowo i zostawiła ją ze strukturalnie upośledzoną walutą oraz kolosalnymi, spłacanymi jeszcze w XXI wieku, długami wobec Stanów Zjednoczonych, bo te pokonały swoich sojuszników bardziej niż swoich wrogów (Niemcom darowały wszystkie długi już w 1953 r.). Ekonomicznie wyczerpana Wielka Brytania zaczęła oddawać swoje kolonie ruchom narodowowyzwoleńczym na ich terytoriach, poczynając od Indii. Utrata Indii oznaczała utratę także powodów, dla których opłacało się wydawać tyle na kontrolę Palestyny. Oczywiście posiadanie w tak centralnym regionie platformy, z której można ingerować w jego politykę, było nadal ważne, ale stało się tym bardziej palące, żeby na kogoś jednak przepisać koszty. Wojna wykończyła Europę i rolę centrum całego systemu imperialistycznego przejęły Stany Zjednoczone.
Stany Zjednoczone swoje powojenne panowanie nad światem oparły na innym modelu niż europejskie imperia kolonialne w starym stylu: na modelu kontroli bez konieczności utrzymywania formalnych kolonii (nawet jeżeli narodziły się z kolonii i rozszerzały swoje granice na kontynencie w sposób kolonialny, a w okresie poszukiwania formy dla swojego imperializmu, eksperymentowały z zamorskimi koloniami). Dla nich formuła Izraela jako kolonii osadniczej pozbawionej formalnej metropolii, a jednak ze wszystkimi cechami kolonii osadniczej, stanowiła szansę na doskonale kompatybilne partnerstwo w zbrodni, zwłaszcza odkąd Izrael udowodnił swoją militarną potęgę w 1967 r.
Film Annemarie Jacir przypomina, jak głęboko w historii tkwią źródła walki, którą Palestyńczycy zmuszeni są toczyć do dzisiaj. Nic nie zaczęło się 7 października 2023 r. Otwarte poniekąd zakończenie filmu – trwająca walka – jest jednocześnie alegorią sytuacji, w jakiej Palestyńczycy pozostają do dzisiaj. Wiecznie osamotnieni, wiecznie skazani na konfrontację z siłami potężniejszymi od siebie. Opór przeciwko tej konkretnie kolonizacji, przeciwko imperializmowi – w jego nowych odsłonach, z jego zmieniającymi się światowymi stolicami – wciąż trwa.
KALENDARZ 
