Prawo do istnienia

„Izrael ma prawo do istnienia”. „Prawo Izraela do istnienia”. Jedne z tych fraz, których częstotliwość w przekazie mediów głównego nurtu i wypowiedziach polityków klas panujących bloku północnoatlantyckiego przebija skalę za każdym razem, kiedy Izrael rozpętuje kolejną kampanię mordowania Palestyńczyków. Skuteczność, z jaką propagandowa frazeologia Izraela (i jego sojuszników), kolonizuje przestrzeń komunikacji jest taka, że „prawo Izraela do istnienia” gładko przechodzi dziś przez usta nawet Alexandrii Ocasio-Cortez, niegdyś nadziei amerykańskiej (i nie tylko) lewicy, że można prowadzić postępową politykę z list Partii Demokratycznej.
No więc, do rzeczy. Czy Izrael ma prawo do istnienia? Nie, nie ma.
Nie, to żaden antysemityzm. Antysemityzm to byłby, gdybyśmy Izraelowi odmawiali „prawa do istnienia” dlatego, że jest – jak sam się przedstawia – „państwem żydowskim”, a przyznając je innym państwom. Ale „prawo państw do istnienia”… nie istnieje. W ogóle. Nie ma w prawie międzynarodowym takiej kategorii. Nikt więc nie odmawia Izraelowi prawa przysługującego innym państwom, a skoro tego nie czyni w ogóle, to tym bardziej nie czyni tego z powodu ideologicznej niechęci do Żydów czy tego, co w ten czy inny sposób żydowskie. Wręcz przeciwnie: wszystkie te dyskusje o „prawie Izraela do istnienia” podważa się – tam, gdzie się je faktycznie podważa – dokładnie z tego powodu, żeby do Izraela przykładać tę samą miarę, co do reszty świata i by go obowiązywały te same zasady, co wszystkie cywilizowane państwa.
Żadne państwo nie ma „prawa do istnienia” – Polska, Francja, Japonia, Tanzania czy Kolumbia też nie mają. Polacy, Francuzi, Japończycy, Tanzańczycy i Kolumbijczycy mają prawo do samostanowienia i realizują je poprzez swoje państwa narodowe, ponieważ żyjemy w systemie państw narodowych.
Skoro żadne państwo nie ma „prawa do istnienia”, to bardziej antysemickie jest raczej twierdzenie, że Izrael ma jakieś prawo, którym nie dysponuje żadne inne państwo. Byłoby ono bowiem możliwe do obrony tylko na podstawie założenia, że Żydów – i każdy byt, któremu uda się skutecznie przekonać swoje zewnętrze, że do Żydów należy lub Żydów reprezentuje – coś fundamentalnie różni i oddziela od reszty ludzkości, od ludzi w ogóle. Bez takiego rozróżnienia, nie można poważnie przypisywać państwu – zawłaszczającemu dla siebie przymiotnik „żydowskie” (wcale nie za zgodą wszystkich Żydów na świecie) – prawa, które stawiałoby je obok czy na innym planie niż wszystkie inne podmioty prawa międzynarodowego.
Izraelska propaganda wdziera się w język tą i innymi frazami, usiłując urobić rzeczywistość na swoje potrzeby. Przez nieustanne powtarzanie, naturalizuje wyssane z palca kategorie, dąży do tego, żebyśmy uwierzyli w istnienie rzeczy, które próbują powołać do życia – skoro tak często padają w prasie, telewizji, internecie i z politycznych trybun. Izraelskiej propagandzie to się od dawna tak dobrze udawało, bo ma tak potężnych i wszechobecnych sojuszników w kluczowych światowych mediach. Bo we wszystkich znaczących państwach bloku zachodniego Izrael porozstawiał sobie instytucje projekcji soft power, czy to otwarcie korumpujące miejscowych polityków (amerykański AIPAC, brytyjskie Conservative Friends of Israel i Labour Friends of Israel, itd.), czy to różnego formatu „kulturalne stowarzyszenia” jedynie „przy okazji” szkalujące wszystkich krytyków Izraela od „antysemitów”, albo jedno i drugie. Wreszcie także dlatego, że narzędziami Hasbary prowadzi w sieci zmasowane kampanie, w ramach których oficerowie na żołdzie, studenci w zamian za stypendia, ale i rzesze rozproszonych po świecie ochotników robiących to „dla idei”, wierzących w „Sprawę Izraela”, przeklejają po social mediach izraelskie talking points dostarczane im z centrali.
Izrael gra oczywiście na emocjach, które udaje mu się przechwytywać dzięki opanowanym do mistrzostwa technikom moralnego szantażu Holokaustem uprawianego na prawo i lewo. Przeciwieństwem istnienia jest nie tylko nieistnienie. W odniesieniu do czegoś, co już zaistniało i wobec tego istnieje, przeciwieństwem byłoby unicestwienie. Bezustanny szantaż Holokaustem, jakiemu Izrael poddaje społeczność międzynarodową, powoduje, że to się wszystko kojarzy. No bo co, jak nie „prawo do istnienia”? Oczywiście eksterminacja, kolejny Holokaust!
Że państwa nie mają „prawa do istnienia”, nie znaczy wcale od razu, że jedne państwa, które dysponują wystarczającą siłą, mogą sobie do woli inne państwa unicestwiać, kłaść kres ich istnieniu. Ani, że tego chcą. Państwa istnieją nie dlatego, że mają do istnienia prawo, a dlatego czy też po to, że – w systemie państw narodowych, w którym, póki co, żyjemy – są one wehikułem realizacji prawa do samostanowienia, które jest tym dla narodów, czym prawo do życia dla indywidualnych istot ludzkich: warunkiem możliwości realizacji wszelkich innych praw. Jego odebranie czyni wszystkie inne prawa pustymi. Gdyby jedno państwo postanowiło jednostronnie położyć kres istnieniu innego państwa, byłoby to nielegalne czy niedopuszczalne nie ze względu na jakieś wyssane z palca prawo tego unicestwianego państwa do istnienia, a ze względu na prawo do samostanowienia, przysługujące społeczeństwu tego państwa – tworzącemu je narodowi – realizowane formalnie poprzez istnienie tego państwa.
Prawo do samostanowienia może się wyrażać w formach własnego państwa narodowego, przynależności do państwa federacyjnego, w którym dane społeczeństwo ma poczucie własnej podmiotowości, albo satysfakcjonującej autonomii w ramach państwa o złożonej kompozycji.
Państwa mogą – i niejednokrotnie, nie tylko w bardzo dawnych czasach, ale i w ramach nowoczesnego systemu prawa międzynarodowego – przestawały lub zaczynały istnieć, ze względu na sposób, w jaki zamieszkujące je społeczeństwa decydowały się realizować swoje prawo do samostanowienia, bądź zmieniały zdanie i swoje kolektywne pragnienia.
Czechosłowacja została powołana do istnienia po I wojnie światowej jako forma realizacji prawa do samostanowienia Czechów i Słowaków, mówiących podobnymi językami podobnych kulturowo społeczeństw, które widziały w federacyjnej formule możliwość synergicznego wzrostu własnej podmiotowości na arenie międzynarodowej, znajdując się w sąsiedztwie kilku znacznie większych państw. Kiedy obydwa społeczeństwa zmieniły zdanie, Czechosłowacja przestała istnieć, i nie mogła się powołać na żadne swoje „prawo do istnienia”, gdyż Czesi i Słowacy postanowili od tej pory realizować swoje prawo do samostanowienia poprzez dwa osobne państwa. Podobnie swoje istnienie, z dnia na dzień, zakończył Związek Radziecki, ogłaszając samorozwiązanie i przekazując suwerenność nie tylko państwom siłą niegdyś włączonym w ramy ZSRR (republiki bałtyckie), ale i narodom nigdy wcześniej nie dysponującym własnymi państwami w nowoczesnym sensie tego słowa. Niemiecka Republika Demokratyczna przestała istnieć, bo jej mieszkańcy postanowili realizować swoje samostanowienie, przyłączając się do Republiki Federalnej Niemiec.
Oczywiście, nie wszystkie prawa wywodzą się z lub są regulowane akurat przez prawo międzynarodowe. Są prawa z innych porządków, np. moralnego. Trudno poważnie przekonywać, że powstanie w 1933 roku III Rzeszy poskutkowało jej moralnym prawem do dalszego istnienia. Moralnie słuszne były raczej wszystkie wysiłki włożone – wewnątrz i na zewnątrz jej samej – w położenie kresu jej istnieniu. Podobnie ufundowanie europejskich kolonii w Afryce czy Azji nie poskutkowało żadnym ich „prawem do istnienia”. Prawo miały społeczeństwa tych kolonii do walki o swoje samostanowienie.
Mówiąc trochę uproszczonym Spinozą, wszystko, co już zaistniało, dąży do – albo „pragnie” – kontynuacji tego swojego istnienia. Ale to jeszcze nie prawo. Nowotwór też dąży do kontynuacji swojego istnienia – kosztem organizmu, który krok po kroku zabija.
Sam fakt, że Izrael istnieje, nie daje mu więc również moralnego prawa do istnienia. Na pewno nie w takiej postaci, w jakiej istnieje – czyli kosztem praw Palestyńczyków (i, po prawdzie, społeczeństw, które co jakiś czas atakuje na zewnątrz siebie). Tak samo jak nie miały takiego prawa europejskie kolonie w Indiach, Algierii, Indochinach, Kenii czy Namibii. Tak samo jak ustanowienie – początek istnienia, zaistnienie – apartheidu w RPA w 1948 roku nie sprawiło, że reżim ten zarobił sobie odtąd „prawo do istnienia”. Samo to istnienie było zbrodnią przeciwko ludzkości (zdefiniowaną w pierwszej kolejności w Konwencji o zwalczaniu i karaniu zbrodni apartheidu z 1973 r.), a zbrodnia wymaga rektyfikacji, ustanowienia stanu sprawiedliwości, a nie normalizacji poprzez przyznawanie wynikającej z niej sytuacji „prawa do istnienia”.
Państwo Izrael – takie, jakie istnieje; takie, jakim je ustanowiono w 1948 – łączy w sobie obydwa powyższe nielegalne porządki: rasowego apartheidu oraz osadniczego, rabującego zasoby miejscowej populacji kolonializmu, utrzymując je środkami brutalnej militarnej okupacji, równie nielegalnej.
(Polecam stanowisko Ligi Państw Arabskich przedstawione w jej imieniu przez doktora prawa międzynarodowego Ralpha Wilde’a przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze, w sprawie dotyczącej legalności/nielegalności izraelskiej okupacji terytoriów palestyńskich, które przepięknie to wszystko podsumowuje i wyjaśnia).
Izraelskie kampanie propagandowe polegające na powtarzaniu w nieskończoność frazy o „prawie do istnienia” mają na celu podmienienie tą nieistniejącą kategorią prawa faktycznie istniejącego, jakim jest prawo do samostanowienia. Obliczone są one na to, że większości niewtajemniczonej detale prawa międzynarodowego publiczności brzmi to jak z grubsza to samo, co prawo do samostanowienia, wywołując odruchową sympatię dla strony, która się na nią powołuje. Izrael robi to po to, żeby „wywrócić dyskurs”, ponieważ w swojej faktycznie istniejącej postaci – jako osadniczego projektu kolonialnego i systemu rasowego apartheidu – Izrael uniemożliwia to drugie: prawo do samostanowienia przysługujące Palestyńczykom.
To nie jedyna pojęciowa podmiana, jakiej tu za jednym zamachem dokonuje Izrael (i jego sojusznicy, i jego poplecznicy).
„Prawo do istnienia” nie przysługuje państwom – ale to nie znaczy, że nic podobnego nie występuje nigdzie w prawie międzynarodowym. Otóż w milczący sposób występuje. Prawo do istnienia jako grupa – określona i/lub określająca się w kategoriach wyznawanej religii, etnicznych korzeni, praktykowanej kultury, cech określanych jako „rasowe” – jest faktycznym przedmiotem ochrony Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa z 1948 r. (tekst polski tutaj). Nawet jeżeli wyrażenie to nie pada w tekście Konwencji, to przywołuje je południowoafrykańskie oskarżenie złożone w grudniu 2023 przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze o działania łamiące postanowienia tej właśnie Konwencji.
Jak doskonale wykłada stanowisko Republiki Południowej Afryki, ludobójstwo ma miejsce wtedy, kiedy nie tylko podejmuje się akty masowej przemocy i skutkujące ponadprzeciętną liczbą cywilnych śmierci, ale robi się to konkretnie i celowo po to właśnie, żeby odebrać, podważyć lub zakwestionować prawo społeczności padającej tych działań ofiarą do istnienia jako grupy i dlatego właśnie, że jest tą grupą. Jak przekonująco dowodzi południowoafrykański pozew przed MTS, Izrael jest tą stroną, która aktywnie usiłuje komuś innemu (znowu, oczywiście, Palestyńczykom) odebrać prawo do istnienia jako grupie. Żeby ten skandal zagłuszyć, Izrael fałszywie przedstawia się w swojej propagandzie jako strona – państwo – której „prawo do istnienia” jest zagrożone i którego broni.
Tak jak z prawem do samostanowienia, które to Izrael odbiera Palestyńczykom przecież, a nie na odwrót, również i prawo do istnienia, nie Izraelowi przysługuje, nie Izraelowi ktoś odbiera, a to Izrael odbiera Palestyńczykom – jako grupie. Od października 2023 już ponad wszelką wątpliwość i w pełnoskalowej ludobójczej kampanii.
*
Tego rodzaju dyskursywne, propagandowe machinacje, prawdziwie orwellowskie podmiany sensów pojęć – są one, oczywiście, na swój sposób „normalne”. Nie w tym sensie, że dopuszczalne czy przyzwoite – w tym sensie, że zgodne z tym, czego się od dawna możemy po Izraelu spodziewać. Izrael robi to cały czas.