„Demokracja” w ogniu

W historii nowoczesnych wojen prowadzonych głównie przez Stany Zjednoczone niemal zawsze powtarza się ten sam scenariusz. Najpierw pojawia się moralna opowieść. Narracja o wolności, demokracji, obronie praw człowieka i o uciśnionych narodach, które trzeba wyzwolić spod tyranii. To historia, która brzmi dobrze w przemówieniach polityków i świetnie sprzedaje się w mediach. Dopiero później, często wiele lat po zakończeniu wojny, zaczyna się powolne, niewygodne odkrywanie prawdziwych motywów. Tak było w Wietnamie. Tak było w Iraku i tak było również w Libii.


Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że w przypadku Iranu historia znowu zaczyna pisać się według tego samego, doskonale znanego scenariusza. Oficjalna narracja Zachodu jest prosta i atrakcyjna moralnie dla opinii publicznej. Iran przedstawiany jest jako autorytarny reżim, państwo, które ogranicza prawa obywatelskie, prześladuje opozycję, brutalnie tłumi protesty i narzuca społeczeństwu restrykcyjne normy religijne. W tej opowieści działania militarne Stanów Zjednoczonych i Izraela mają być nie tylko aktem samoobrony (głównie względem Izraela), lecz także krokiem w stronę „wyzwolenia irańskiego społeczeństwa”. Ale trzeba zadać pytanie, które bardzo rzadko pojawia się w oficjalnej narracji. Czy to naprawdę jest cel tej wojny?

Problem polega na tym, że historia amerykańskiej polityki zagranicznej pokazuje coś zupełnie innego. Gdyby rzeczywiście chodziło o demokrację i prawa człowieka, mapa sojuszy Stanów Zjednoczonych wyglądałaby zupełnie inaczej. Waszyngton nie utrzymywałby tak bliskich relacji z monarchiami absolutnymi na Półwyspie Arabskim. Nie wspierałby reżimów, które przez dekady ograniczały podstawowe wolności obywatelskie. Nie prowadziłby polityki, w której prawa człowieka są przywoływane wtedy, gdy jest to wygodne politycznie, a ignorowane tam, gdzie w grę wchodzą strategiczne interesy. Dotyczy to nie tylko Stanów Zjednoczonych. Dotyczy to również, a może przede wszystkim Izraela.

USA w Iraku

Najbardziej jaskrawym przykładem tej sprzeczności pozostaje wojna w Iraku w 2003 roku. Interwencja została uzasadniona twierdzeniami o istnieniu broni masowego rażenia. Problem polegał na tym, że tej broni nigdy nie znaleziono. Po latach nawet amerykańscy politycy przyznawali, że decyzja o wojnie opierała się na „błędnych lub niepełnych informacjach wywiadowczych”. Wielu analityków idzie jednak o krok dalej i mówi wprost: była to manipulacja i kłamstwo, które miały stworzyć społeczne przyzwolenie na wojnę. Rezultat znamy. Setki tysięcy ofiar. Rozpad struktur państwowych. Destabilizacja całego regionu. Powstanie nowych radykalnych organizacji, które wyrosły na gruzach irackiego państwa. Chaos, który do dziś wpływa na sytuację na całym Bliskim Wschodzie. Dlatego, gdy dziś ponownie słyszymy argument o obronie demokracji, wielu obserwatorów reaguje sceptycyzmem. Nie dlatego, że Iran jest państwem demokratycznym. Bo nie jest. Problem polega na czymś zupełnie innym. W polityce międzynarodowej moralność bardzo rzadko jest głównym czynnikiem podejmowania decyzji, zwłaszcza w przypadku Stanów Zjednoczonych, a obecnie również dodatkowo Izraela.

Dobrym przykładem jest Arabia Saudyjska. Państwo, które przez dziesięciolecia było i jest jednym z najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie. Jednocześnie kraj, w którym system polityczny nie ma nic wspólnego z demokracją liberalną. Przez lata obowiązywały tam poważne ograniczenia praw kobiet, restrykcje dotyczące wolności słowa, a opozycja polityczna była praktycznie nieobecna. Mimo to relacje amerykańsko-saudyjskie pozostawały niezwykle bliskie. Dlaczego? Powód jest banalnie prosty. Arabia Saudyjska jest jednym z największych producentów ropy na świecie i jednym z kluczowych partnerów energetycznych Zachodu. W świecie geopolityki takie fakty ważą często znacznie więcej niż deklaracje o prawach człowieka. W tym miejscu zaczyna się prawdziwy problem współczesnej polityki międzynarodowej.  W tym kontekście argument o obronie praw kobiet w Iranie zaczyna wyglądać bardziej jak element retoryki politycznej niż rzeczywisty powód konfliktu.

Nie oznacza to oczywiście, że sytuacja w Iranie jest dobra. Nie jest. Protesty, które w ostatnich latach przetaczały się przez irańskie miasta, pokazały, że społeczeństwo tego kraju jest głęboko podzielone, a wielu Irańczyków domaga się większych swobód. Jednak historia pokazuje jedną brutalną prawdę. Wojny bardzo rzadko przynoszą demokrację. Znacznie częściej przynoszą chaos, destabilizację i dziesięciolecia cierpienia zwykłych ludzi.

Prawdziwy powód ataku

Jeżeli więc nie demokracja i nie prawa człowieka, to co naprawdę stoi za konfliktem z Iranem? Jedna z odpowiedzi prowadzi wprost do energii. Iran posiada jedne z największych zasobów ropy i gazu na świecie. Jego położenie geograficzne czyni go kluczowym elementem globalnego systemu transportu energii. Przez cieśninę Ormuz przepływa około jednej piątej światowego handlu ropą. Każde zakłócenie w tym regionie natychmiast odbija się na cenach surowców i stabilności globalnej gospodarki. Iran od lat jest również ważnym partnerem gospodarczym Chin. Pekin kupuje irańską ropę, inwestuje w infrastrukturę energetyczną i traktuje Teheran jako element swojej długoterminowej strategii gospodarczej w Azji i na Bliskim Wschodzie.

W świecie, w którym rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami staje się coraz bardziej intensywna, takie relacje mają ogromne znaczenie. Z tej perspektywy wojna z Iranem przestaje być jedynie regionalnym starciem. Staje się elementem globalnej rywalizacji o wpływy gospodarcze, energetyczne i militarne.

Ale jest jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się zaskakująco rzadko. Mianowicie przemysł zbrojeniowy. W Stanach Zjednoczonych sektor zbrojeniowy jest jednym z najpotężniejszych elementów całej gospodarki. Firmy produkujące broń, systemy rakietowe, samoloty i technologie wojskowe generują setki miliardów dolarów przychodów rocznie. Konflikty zbrojne oznaczają kontrakty. Kontrakty oznaczają miliardy. A miliardy oznaczają ogromny wpływ polityczny. Nie jest tajemnicą, że lobby zbrojeniowe od dziesięcioleci odgrywa istotną rolę w kształtowaniu polityki bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Każda eskalacja napięcia, każdy konflikt regionalny, każdy wyścig zbrojeń oznacza wzrost zamówień i nowych kontraktów. Wojna dla jednych jest tragedią. Dla innych jest biznesem.

Silny sąsiad to niebezpieczny sąsiad

Nie bez znaczenia pozostaje także rola Izraela. Dla izraelskiej strategii bezpieczeństwa Iran od dawna jest postrzegany jako jedno z największych zagrożeń w regionie. Osłabienie Iranu oznaczałoby zasadniczą zmianę układu sił na Bliskim Wschodzie. Iran jest jednym z niewielu państw w regionie posiadających zarówno znaczący potencjał militarny, jak i polityczne ambicje konkurowania z Izraelem. Jest również głównym sojuszem Hezbollahu w Libanie. Jeśli Iran zostałby poważnie osłabiony, cała architektura bezpieczeństwa w regionie mogłaby ulec radykalnej zmianie. Hezbollah straciłby głównego patrona. Irańskie wpływy w Iraku, Syrii i Libanie mogłyby zostać znacząco ograniczone. A Izrael uzyskałby strategiczną przewagę na wiele lat no a przede wszystkim jednym z ostatnich (o ile nie ostatnim bastionem) w marzeniu o tzw. Wielkim Izraelu sięgającym od rzeki Eufrat do Nilu.  Przynajmniej jako strefa wpływu gospodarczego, politycznego i militarnego.

Jednocześnie lista potencjalnych przegranych byłaby znacznie dłuższa. Iran oczywiście poniósłby ogromne straty. Zniszczona infrastruktura. Osłabiona gospodarka. Kolejne lata sankcji i izolacji. Ale konsekwencje wojny nigdy nie zatrzymują się na granicach jednego państwa. Państwa Zatoki Perskiej znalazłyby się w niezwykle niebezpiecznej sytuacji. Ich rafinerie, terminale naftowe i infrastruktura energetyczna są niezwykle wrażliwe na ataki. Kilka uderzeń w kluczowe instalacje mogłoby wywołać globalny kryzys energetyczny, a wtedy konsekwencje odczułby cały świat.

Pozostali uczestnicy i obserwatorzy

Państwa Zatoki Perskiej znajdują się w niezwykle trudnej sytuacji. Z jednej strony są sojusznikami Stanów Zjednoczonych i w dużej mierze opierają swoje bezpieczeństwo na amerykańskiej obecności wojskowej. Z drugiej strony są bezpośrednimi sąsiadami Iranu i w przypadku eskalacji konfliktu mogą stać się jego pierwszymi ofiarami. Ich infrastruktura energetyczna, rafinerie, terminale naftowe, rurociągi, jest niezwykle wrażliwa na ataki. A wystarczy kilka uderzeń w kluczowe instalacje, aby wywołać globalny kryzys energetyczny. 

Rosja i Turcja także obserwują sytuację z niepokojem. Oba państwa mają własne interesy w regionie i obawiają się, że długotrwała destabilizacja może doprowadzić do nieprzewidywalnych zmian w układzie sił. Wreszcie jest jeszcze jeden element tej historii, o którym mówi się znacznie rzadziej. Koszt wojny. Wojny zawsze mają swoją cenę. Ostateczna kalkulacja i rozrachunek.  Czasem jest to cena liczona w dziesiątkach jeśli nie setkach miliardów dolarów. Czasem w zniszczonych miastach i zrujnowanych gospodarkach. Czasem w życiu żołnierzy wysyłanych tysiące kilometrów od domu. Jest natomiast jeszcze coś, czego nie da się przeliczyć na baryłki ropy, kontrakty wojskowe ani geopolityczne strategie. Ludzkie życie. Historia pokazuje, że w każdej wojnie największą cenę płacą nie politycy i nie generałowie. Płacą ją zwykli ludzie. Cywile. Rodziny. Dzieci. To oni tracą domy. To oni tracą bliskich. To oni żyją później przez dekady w ruinach państw zniszczonych przez wojny, których często nawet nie rozumieli.

Wojny zawsze zaczynają się od wielkich słów, o wolności, o bezpieczeństwie, o konieczności obrony wartości. Kiedy opada kurz, pozostaje jedno pytanie: Kto naprawdę na tym wszystkim zyskał? I kto zapłacił za to najwyższą cenę.

Udostępnij:
Ahmed Elsaftawy
Ahmed Elsaftawy
Artykuły: 38
Przejdź do treści