Izraelskie wybory z perspektywy Zachodniego Brzegu

27 października w Izraelu odbędą się wybory parlamentarne. Doczekały się one wielu doskonałych omówień ze strony ekspertów: jacy kandydaci startują, jakie mają poglądy, czym się od siebie różnią. Nie ma sensu, abym powtarzał to wszystko. Chcę wam jednak zaoferować coś innego.

Spędziłem kilka tygodni na przełomie września i października w Izraelu i na Zachodnim Brzegu. Poniżej zamieszczam kilka krótkich relacji z miejscowości, które odwiedziłem. Często pytałem zwykłych Palestyńczyków o to, co myślą o wyborach. Niewielu wiązało z nimi większe nadzieje, wielu było przekonanych, że nic one nie zmienią. Niektórzy nawet nie interesowali się nazwiskami głównych kandydatów. Ich perspektywa nie wynikała jednak, jak mi się wydaje, z ignorancji, ale z doświadczenia prawie ośmiu dekad konfliktu i blisko sześciu dekad okupacji Zachodniego Brzegu. Na okupowanym Zachodnim Brzegu Palestyńczycy, których codzienność zależy od decyzji izraelskich władz, nie mają wpływu na skład rządu.

Wysłuchajcie ich głosów.

At-Tuwani

Salem Adra, członek rodziny, o której opowiada film „Nie chcemy innej ziemi”, podaje mi nargilę. Jest noc. Siedzimy na zboczu jednego ze wzgórz w wiosce At-Tuwani. Jeden z samochodów osadników właśnie przejechał obok nas i zatrzymał się kilka wzgórz dalej. Nie wrócił do osady. Czeka, jakby obserwując położoną w dole wioskę. Zgasił silnik, zostawił włączone światła. Nie musiał przejeżdżać przez wioskę, osada ma własny wjazd z drogi nr 60.

Chce zaznaczyć swoją obecność – tłumaczy mi Salem. Czasami tak robią.

Jest późny wieczór, ale jeszcze daleko do północy. Pijemy kawę, palimy fajkę wodną. Oprócz nas na okolicznych wzgórzach jest jeszcze kilka takich dwuosobowych patroli. Jeśli osadnicy zdecydują się przyjechać do wioski i strzelać ostrą amunicją w niebo i po dachach, jak w zeszły piątek, lub coś podpalić, jak zrobili z meczetem, mleczarnią, autem i dwoma domami kilka tygodni wcześniej, ten, kto zauważy ich pierwszy, ma ostrzec pozostałych. Wszyscy mają wtedy obudzić innych mężczyzn z wioski. Wzywa się też, chociaż często na darmo, izraelskie wojsko i policję, które czasami chronią osadników, ale często również powstrzymują najgorsze akty agresji.

Patrzymy na auto. Nikt z niego nie wysiada.

Wyobrażam sobie, że ktoś w środku patrzy na nas, tak jak my patrzymy na niego.

Pewnie dużo się nie zmieni, ale mam nadzieję, że chociaż po wyborach Ben Gwir i Smotrich wylecą z rządu. Ben Gwir dał tym bandytom łatwy dostęp do broni i wsparcie służb, Smotrich dał im samochody i pieniądze.

Kiedy mówi „samochody”, ma na myśli coś, co Izraelczycy nazywają rangerami: pojazdy typu All-Terrain Vehicle, małe samochody terenowe, wyglądające jak quady, popularne wśród osadników. I ma rację co do tego, że to Smotrich i jego obecni prawicowi koledzy z rządu sprowadzili je tutaj. Jest to proces w pełni legalny z perspektywy izraelskiej administracji. Przykładowo Ministerstwo ds. Osadnictwa i Misji Narodowych oficjalnie kupuje i przekazuje dziesiątki takich pojazdów terenowych radom regionalnym na Zachodnim Brzegu. Sprzęt ten jest dystrybuowany za pośrednictwem Wydziału Osadnictwa Światowej Organizacji Syjonistycznej pod pretekstem „wzmacniania bezpieczeństwa i logistyki”.

Nie mamy co liczyć na to, że wybory wygra ktoś, kto będzie przychylny Palestyńczykom. Ale może przynajmniej będzie z tych środowisk, które nie chcą mieć nic wspólnego z tymi dwoma. Oni sami mieszkają w osadach, Ben Gwir tu niedaleko, na południu, Smotrich na północy. Wspierają osadników jak mało kto, bo sami są osadnikami.

Słyszymy świerszcze. Po dłuższej chwili samochód osadników na żółtych tablicach rejestracyjnych odpala silnik i odjeżdża w stronę osady.

Beduińska wioska gdzieś w Dolinie Jordanu

Abu Hassan [imię zmienione – przyp. P. J.] ma kraciastą koszulę, siwy wąs i jest głową beduińskiej rodziny. Podczas naszego spotkania otaczają go wianuszkiem synowie i wnuki. Choć Beduini tradycyjnie prowadzili koczowniczy tryb życia, wielu z nich od lat mieszka na stałe na Zachodnim Brzegu. Ponad 60% społeczności beduińskich żyje w tzw. Strefie C, która znajduje się pod pełną kontrolą administracyjną i wojskową Izraela. Władze izraelskie rzadko wydają Beduinom pozwolenia na budowę domów, przez co ich stała infrastruktura (domy, szkoły, zagrody) jest uznawana za nielegalną i regularnie niszczona. Mimo prób osiedlenia się w jednym miejscu na wiele lat, a nawet dekad, Beduini często zostają wysiedleni przez wojsko lub osadników.

Rodzina Abu Hassana ma za sobą jedną z takich historii. Była jedną z ostatnich rodzin przegnanych przez osadników z ich beduińskiej wioski niespełna 10 miesięcy temu. Teraz mieszkają na ziemi należącej do innych Palestyńczyków, w kilku blaszanych kontenerach. Woda jest im dowożona ciężarówką w dużych, białych, 500-litrowych baniakach wielkości człowieka. W prowizorycznym schronieniu żyje ponad 30 Palestyńczyków. Abu Hassan twierdzi, że nawet zbudowanie tego tymczasowego schronienia kosztowało ich ponad 60 tysięcy szekli. Wiedzą, że nie mogą zostać tu na stałe. W nowym miejscu też atakują ich osadnicy, a właściciel ziemi pozwolił im zatrzymać się tylko na jakiś czas, dopóki nie znajdą innego miejsca.

Opowiada mi i trójce innych zachodnich dziennikarzy i badaczy o swojej codzienności. Na przykład wczoraj (rozmawiamy w drugiej połowie września) przyszła grupa młodych osadników. Ukradli kilka pozornie bezwartościowych rzeczy: kawałki siatki, metalowe słupki. Tylko po to, aby zaznaczyć swoją obecność. Kilka miesięcy wcześniej mieli ukraść kilka spośród ostatnich owiec i kóz, które pozostały rodzinie.

W okolicy mieszka ponad 1000 osadników – mówi, wskazując na izraelskie osady widoczne na szczytach trzech okolicznych wzgórz. Jedna z nich miała powstać dopiero w tym roku. Część to uznane przez izraelskie władze osady, które otrzymują pieniądze z budżetu państwa. Część „nieuznawana” przez izraelski rząd, ma dostawać środki od prywatnych firm i fundacji.

Czekamy na wybory w październiku w Izraelu i te chwilę później, w USA – mówi w pewnym momencie Abu Hassan. Jeśli wynik będzie dobry, osadnictwo może spowolni. A może nawet zatrzyma się na jakiś czas. Ale osadnicy się stąd nie wycofają. Nikt też nie zacznie rozliczać wojska. Ale może przynajmniej nie będą powstawać nowe osady. To, co się dzieje w ostatnich dwóch latach, to wybuch osadnictwa, za którym trudno nadążyć.

Balata

W Balacie, obozie dla uchodźców w mieście Nablus, rozmawiam z Imadem Zaki Hajem, który pełni funkcję przewodniczącego Komitetu Usług Społecznych w obozie Balata z ramienia Fatahu.

To bardzo stary obóz, w którym około 37 tysięcy ludzi mieszka na ułamku kilometra kwadratowego. Balata, podobnie jak cały Nablus, to jedno z niewielu miejsc, w których działa zbrojny ruch oporu. Obóz jest regularnie najeżdżany przez izraelskie wojsko. Ściany przyozdabiają plakaty przedstawiające męczenników, szpecą je dziury po kulach. Imad przyjmuje mnie w swoim biurze i częstuje kawą.

Oczywiście, możemy mieć nadzieję, że kolejny rząd będzie trochę mniej radykalny od Likudu i jego sojuszników. Ale niezależnie od tego, kto wygra, wszyscy obecni liderzy, Eisenkot, Bennett, Netanjahu, nie będą chcieli wstrzymać osadnictwa ani działań zbrojnych przeciwko Gazie czy nam tutaj, na Zachodnim Brzegu. Bez zaangażowania ONZ czy sankcji nakładanych przez państwa nic się nie zmieni. A na pewno nie z naszej perspektywy – mówi.

Ramallah

W Ramallah rozmawiam z jednym z liderów ruchu BDS, który woli nie występować pod nazwiskiem.

Największe szanse na pokonanie Netanjahu ma Eisenkot, ale to nie jest wcale lepsza opcja. To człowiek armii, jeden z twórców doktryny Dahii, czyli atakowania celów cywilnych i używania nadmiernej siły w działaniach odwetowych. Stracił syna na wojnie. Nie będzie wcale lepszy od Netanjahu. Tak samo chce kontynuować okupację, ludobójstwo i mordowanie Palestyńczyków. Może nawet jest gorszy, bo to nowa twarz, którą Zachód chętnie kupi i sprzeda opinii publicznej jako nowe otwarcie. Wiesz, całe ludobójstwo i zbrodnie pójdą na konto Netanjahu, a nowy, świeży lider dostanie kredyt zaufania, chociaż będzie robił to samo. Państwa, które nałożyły sankcje, będą mogły je wycofać, bo zły Bibi odszedł i biznes znowu będzie po staremu. Dopiero kilka lat i wielu martwych Palestyńczyków później przeciętny zachodni odbiorca zrozumie, że nowa władza robiła to samo co stara: wspierała osadnictwo, czystki etniczne i ludobójstwo.

Mój rozmówca bierze oddech.

Dlatego jako BDS będziemy przygotowywać kampanię edukacyjną wyjaśniającą to wszystko. Izrael boi się przede wszystkim presji ekonomicznej i kryzysu wizerunkowego. Nowy lider, podobający się Zachodowi, ale prowadzący tę samą politykę wobec Palestyńczyków, to dla nich najlepszy możliwy wynik.

Zniszczone przez IDF graffiti w Balacie. Fot. Paweł Jędral
Zniszczone przez IDF graffiti w Balacie. Fot. Paweł Jędral

Sindżal

Fuad, jeden z liderów komitetów samoobrony, czyli nocnej straży robiącej to, co ja robiłem z Salemem Adrą w Masafer Yatta, na pytanie o wybory macha ręką.

Nie wiem, nie interesuję się tym. Dlaczego miałbym się interesować? Jeśli coś się zmieni na lepsze, to dobrze, ale nie mam na to wpływu. Nie wydaje mi się też, żeby zmiana była dla nas widoczna.

Ręka Fuada została złamana przez osadnika w zeszłym roku. Nie zrosła się dobrze. W samym Sindżalu, według relacji jego i innych Palestyńczyków, od 7 października 2023 r. Izraelczycy zabili sześć osób, w tym trzech nastolatków. Liczba rannych w miejscowości ma być, według burmistrza, trzycyfrowa.

Nie oczekuj ode mnie przejmowania się izraelskimi wyborami, jeśli od trzech lat nie mogę się wyspać, bo każdej nocy koordynuję straż.

Masafer Yatta

Mohammed wraz z żoną i 11 dzieci mieszka w pasterskiej jaskini w regionie Masafer Yatta, niedaleko At Tuwani. Zbudował obok niej blaszany pawilon. Widać z niego ruiny jego domu wyburzonego przez izraelskie wojsko. Opowiada mi o nachodzących go osadnikach, którzy każą mu zburzyć blaszak, uznając go za samowolę budowlaną. Czasami rzucają kamieniami w niego lub dzieci. Kilka dni temu przecięli mu kable od prostej instalacji fotowoltaicznej i kamery, której używa do pilnowania skromnego dobytku.

Kiedy pytam go o wybory, odpowiada prosto.

Nie znam się dokładnie na tym, kto startuje, ale mam nadzieję, że będzie lepiej. W Koranie jest napisane, że kiedy źli ludzie zobaczą, że robili złe rzeczy, to Bóg odmieni ich serca.

Ciężko mi pojąć, że wierzy on w to, co mówi. Jest jednak bardzo poważny.

Nie ma tu pracy, nie ma jedzenia, przeganiają nas z naszej ziemi. Co mi zostaje poza liczeniem na poprawę? Trzeba mieć nadzieję w ludziach, w Bogu, w solidarności.

Rozumiem już, że Mohammed nie jest naiwny. Po prostu nie pozostało mu zbyt wiele poza trzymaniem się nadziei.

Paweł Jędral
Paweł Jędral

Analityk, reportażysta, absolwent MISH, realizował projekty badawcze m.in. związane z polityką międzynarodową czy bioróżnorodnością.

Artykuły: 35
Przejdź do treści