Dlaczego IDF a nie Cahal?

Izraelska armia to jedyne siły zbrojne państwa nieanglojęzycznego, o których mówimy używając angielskiej nazwy – Israel Defense Forces albo w skrócie IDF. Ale dlaczego?


Robimy to już odruchowo i bezrefleksyjnie. Kiedy mówimy o izraelskiej armii, niemal automatycznie posługujemy się angielskim akronimem IDF albo pełną nazwą, ale właśnie po angielsku – Israel Defense Forces. Odłóżmy na chwilę oczywiście zwodniczy charakter tej nazwy: siły te nie mają wiele wspólnego z obroną, natomiast wiele z agresją, atakowaniem i okupacyjną przemocą. Czy tylko mnie jednak dziwi jeszcze czasem, że tak powszechnie nazywamy tę armię po angielsku?

Angielski i inne języki

Oczywiście, imperialna wszechobecność angielskiego, jego rola jako lingua franca współczesnego systemu światowego, ponadnarodowych korporacji i kultury masowej powodują, że wiele rzeczy nazywamy po angielsku i angielskimi skrótowcami.

A armie? Owszem, mówimy często US Army czy Marines, o Royal Navy czy Royal Air Force – ale są to nazwy własne sił zbrojnych państw anglojęzycznych. To są ich nazwy w ich własnych krajach i w ich własnym języku. Języku, który większość z nas mniej lub bardziej zna, albo przynajmniej czai podstawy. Nazw w tym języku używamy po części także dlatego, że je rozumiemy.

O armii niemieckiej mówimy zwykle jej niemiecką nazwą z nieco spolszczającą końcówką: Bundeswehra. Nie mówimy „French Army” czy „Spanish Armed Forces”, prawda? Rzadziej używamy oryginalnych nazw sił zbrojnych w językach mniej powszechnie znanych niż angielski, chyba, że jesteśmy w gronie lub zwracamy się do odbiorców, o których wiemy, że dany język znają, bo np. studiują jego filologię, historię czy politykę. Na konferencji naukowej poświęconej hiszpańskiej historii na pewno bez większego problemu padłaby nazwa „Fuerzas Armadas de España”. Ale nie, kiedy zwracamy się do ludzi bez pewności, że są przygotowani z danego języka. Kiedy nie radzimy sobie z francuskim i nie chcemy ryzykować nieudanej wymowy „Légion Étrangère”, mówimy po prostu o Legii Cudzoziemskiej, a nie o „French Foreign Legion”, prawda? Gdyby jakaś polska gazeta czy portal internetowy pisały w ten sposób, to byśmy się słusznie z tego nabijali.

Wiemy wszyscy, że w Izraelu językiem urzędowym jest hebrajski, więc izraelska amia musi mieć swoją „oryginalną” nazwę po hebrajsku. I ma: „Cawa ha-Hagana le-Jisra’el”. Nie ma obowiązku znajomości języka tak małego kraju, dlatego moglibyśmy, jak w odniesieniu do armii innych państw mówiących mniej znanymi językami, nazywać ją zestandaryzowanym przekładem, czyli np. Siłami Obronnymi Izraela, jak robimy w odniesieniu do armii innych krajów, których języków nie znamy.

Albo moglibyśmy używać o wiele od łatwiejszego pełnej nazwy skrótowca, który ma przecież wystarczającą historię „uzusu” w języku polskim – Cahal. Kiedy zaczynałem się interesować tematyką palestyńską (20 lat temu z hakiem), w poważnych publikacjach poświęconych tematowi nazwa Cahal była w normalnym użytku. W 1994 r. Claude Lanzmann swój film „dokumentalny” (w rzeczywistości hagiografię izraelskiej armii) zrealizowany po francusku, zatytułował tak: Tsahal.

Nazwa „Israel Defense Forces” i jej akronim IDF stały się dziś powszechne w wielu językach, nie tylko po polsku. To niby szczegół, ale być może mówi nam on coś ważnego.

IDF jako marka

Izrael od lat prowadzi niestrudzone kampanie propagandowe, w których zwraca się do świata – ażeby wybielać swój wizerunek, uzasadniać swoje postępowanie „prawem do obrony”, nastawiać świat przeciwko „palestyńskim terrorystom”, itd. – w języku powszechnie znanym na Zachodzie, czyli angielskim. Z Zachodu – ze strony Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników – Izrael czerpie poparcie, wsparcie i osłonę przed prawno-międzynarodowymi konsekwencjami swoich działań.

Owszem, były pomysły rozwijania propagandy poprzez ośrodki oddziaływania także na globalnym Południu. Np. w czasie wizyty w Indiach w styczniu 2018 r. premier Netanjahu próbował „kupić” sobie przychylność gwiazd i bonzów indyjskiego Bollywoodu. Wiele z tego chyba nie wyszło, może dlatego, że zbyt wiele z najbardziej wpływowych osób kina bombajskiego to muzułmanie, a może dlatego, że Izraelowi, jako rasistowskiemu państwu osadniczemu, aż tak bardzo nie zależy na opinii publicznej globalnego Południa. To Stany Zjednoczone i ich zachodni sojusznicy mają dla Izraela prawdziwe znaczenie strategiczne.

„Branding” Izraela i różnych jego instytucji od dawna stanowił istotny punkt skupienia kampanii komunikacyjnych Izraela kierowanych do świata zewnętrznego. Wieloletnią kampanię wizerunkową izraelskiego rządu, mającą stanowić odpowiedź na wezwania do bojkotu, nazwano nawet Brand Israel (zob. esej Omara Barghoutiego The Cultural Boycott: Israel vs. South Africa w tomie The Case for Sanctions Against Israel pod red. Andrei Lim). Angielska nazwa izraelskiej armii i jej angielski skrótowiec zostały również wypromowane jak międzynarodowy „brand”, marka, która ma swoje logo. Złota „gwiazda Dawida”, pośrodku której stoi uniesiony pionowo do góry miecz oplatany ulistnioną gałązką drzewa oliwnego. U dołu wstęga z napisem po hebrajsku. Niektóre wyszukiwarki internetowe w odpowiedzi na wyszukiwania wpisywane spoza Izraela, zwracają czasem w odpowiedzi logo uproszczone, pozbawione wstęgi z napisem, ewidentnie stworzone na potrzeby odbiorców na Zachodzie – przez usunięcie elementu obcości, jakim jest zapis mało komu znanym, egzotycznym alfabetem.

Mówiąc krótko: mówimy dziś wszyscy IDF – a nie np. Cahal – bo przeznaczona dla świata zewnętrznego, a w szczególności dla Zachodu kampania „brandingu” izraelskiej armii, rozwinięta w ramach „brandingu” Izraela w ogóle, odniosła wymierny sukces.

Mamy jednak także do czynienia z symptomem albo manifestacją czegoś więcej, czegoś ważniejszego – o relacji między Izraelem a Stanami Zjednoczonymi.

Lobby izraelskie

Najpopularniejszy sposób wyjaśniania tego problemu to narracja o „izraelskim lobby” w Stanach Zjednoczonych. Narracja ta ma na koncie wartościowe pozycje, w szczególności w postaci eseju i książki Johna Mersheimera i Stephena Walta The Israel Lobby (2007). Obaj autorzy są Amerykanami orientacji konserwatywnej, ale eseju, który stanowił wstępną wersję tego, co potem wyszło jako ich wspólna książka, nie chciał im nikt w Stanach Zjednoczonych opublikować. Nie zdarza się to często uznanym konserwatywnym profesorom i wynikało z tego, jak rzecz była w swoim czasie odważna i prowokacyjna. Ostatecznie ukazał się on na łamach lewicującego „London Review of Books”. Oczywiście, Mersheimer i Walt oberwali od antysemitów – ze strony lobby, które krytykowali. Dziś ich książka jest klasykiem, który wciąż się broni jako pierwsza tak poważna pozycja dowodząca, do jakiego stopnia wewnętrzną i międzynarodową polityką Stanów Zjednoczonych kieruje uzależnienie od powiązanych z Izraelem pieniędzy finansujących obydwie partie polityczne amerykańskiego duopolu politycznego, oraz innych form zorganizowanego wpływu.

Dziś narracja o lobby bywa sprowadzana do tego, że Izrael i jego agenci wpływu w USA „rządzą Ameryką”. Jako taka bywa krytykowana za zbyt naiwną jednostronność nawet przez krytyków zarówno Izraela, jak i Stanów Zjednoczonych. Spektrum takich głosów obejmuje od szwedzkiego marksisty i ekologa Andreasa Malma po zamordowanego kilka miesięcy temu przez Izrael przywódcę libańskiego Hezbollahu Hasana Nasrallaha.

Problem z narracją zatrzymującą się na etapie „izraelskiego lobby” nie polega na tym, że jest ona nieprawdziwa, czyli, że lobby egzekwujące na amerykańskiej scenie politycznej interesy obcego państwa (Izraela) nie istnieje albo nie działa w taki sposób. Ono oczywiście istnieje i działa. Problem polega na tym, że narracja ta opisuje jedynie część rzeczywistości i tworzy przez to jej obraz nie do końca prawdziwy.

Symbioza

Pełny opis rzeczywistości musi uwzględniać dwukierunkowość relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Z jednej strony stopień, w jakim Izrael, państwo przecież bardzo małe, o populacji mniejszej niż dwa największe amerykańskie miasta razem wzięte, infiltruje politykę najpotężniejszego supermocarstwa. Z drugiej – jest to możliwe dlatego, że Izrael jest dla Stanów Zjednoczonych tak ważny.

Izrael jest platformą, z której projektują one swoją siłę, by zabezpieczać swoje interesy na Bliskim Wschodzie. Dziś Izrael robi dla Stanów Zjednoczonych nawet jeszcze więcej. Nie tylko używa za nie siły w strategicznym i bogatym w energię regionie, ale coraz bardziej wygląda na to, że na zlecenie Amerykanów toczy wojnę już nie tylko z Arabami w regionie, ale z prawem międzynarodowym i jego instytucjami. Coraz bardziej wygląda na to, że amerykańskie elity polityczne uznają już prawo międzynarodowe za balast, który będzie im już jedynie utrudniał egzekwowanie swoich interesów w warunkach pogłębiającego się „multi-kryzysu” systemu, w którym żyjemy. Izrael jest podwykonawcą, który ma zrobić najbrudniejszą robotę.

USA mają w regionie inne państwa sojusznicze, inne państwa klienckie czy przekupione dyktatury – ale wszystkie one są dla nich obce kulturowo, zawsze trochę zagadkowe, nie do końca przewidywalne i godne jedynie ograniczonego zaufania. Izrael natomiast jest zachodnią, „euro-amerykańską” kolonią na Bliskim Wschodzie, pod wieloma względami podobną do Stanów Zjednoczonych, które też powstały jako europejska kolonia. Wielu Izraelczyków jest jednocześnie Amerykanami albo byli Amerykanami ich rodzice. Inni Izraelczycy są żydowskimi imigrantami z Europy albo dziećmi czy wnukami imigrantów z Europy – tak jak ogromna część elit Nowego Jorku i Los Angeles. Oczywiste więc, że łatwiej się Amerykanom z takimi ludźmi rozumieć i porozumieć, i nawzajem sobie ufać, niż z jakąś dynastią saudyjską czy haszymidzką.

Indyjski historyk, dziennikarz i autor kilku znakomitych książek, Vijay Prashad, powiada w podkaście Palestine Deep Dive, że nie należy już dzisiaj traktować Stanów Zjednoczonych i Izraela jakby to wciąż były dwa osobne, rozdzielne państwa. Z całą pewnością ma rację.

Pełny ogląd sytuacji polegałby więc na przyznaniu, że te dwa państwa dawno zrosły się w jeden trudny do rozdzielenia, powiązany organizm. Izrael został w pełni zintegrowany, włączony w architekturę Imperium Amerykańskiego jako jego oddalone zbrojne skrzydło, skoszarowany, garnizonowy „outpost” wbity klinem w strategicznym regionie i eksperymentujący z nowymi technologiami brutalnej władzy. Za zasługi, jakie Imperium mu zawdzięcza, Izrael ma nieproporcjonalny (jest przecież w porównaniu do Stanów Zjednoczonych malutki) wpływ na amerykańską politykę, od której systemu oddzielony jest tylko pozornie. Izrael finansuje partie i polityków w USA, dyktuje im ustawy, a Amerykanie finansują Izraelowi absurdalnie potężną armię, która wykonuje za nich najbrudniejszą robotę.

Nazywamy więc izraelską armię po angielsku, gdyż stanowi ona dzisiaj de facto jedno z militarnych ramion Imperium Amerykańskiego. Przychodzi nam to tak łatwo i bezrefleksyjnie, bo co najmniej podświadomie już to od jakiegoś czasu przeczuwaliśmy.

Udostępnij:
Jarosław Pietrzak
Jarosław Pietrzak

Autor książek Smutki tropików: Współczesne kino latynoamerykańskie jako kino polityczne (2016) i Nirvaan (2022). Z wykształcenia kulturoznawca, z doświadczenia eseista kulturalny, publicysta polityczny, autor tekstów pomieszczonych w książkowych pracach zbiorowych poświęconych kinu polskiemu, kinu indyjskiemu, a także Brazylii.

Artykuły: 24
Przejdź do treści